
Po utracie kontroli nad Kongresem Donald Trump odpalił nocny maraton w mediach społecznościowych. Prezydent zdążył nazwać przegranego gubernatora Teksasu "zdrajcą", oskarżyć Fox News o sprzyjanie lewicy, zapowiedzieć bombowe uderzenie w Iran i obwieścić, że zamierza zostać... komentatorem politycznym.
Chwilę po uznaniu wyborczego werdyktu Donald Trump pokazał swoje prawdziwe oblicze. Wyparcie i brak refleksji. Winny porażki Republikanów jest gubernator Teksasu, stacja Fox News, która "za dużo rozmawia z opozycją", oraz kierowcy niemający ochoty płacić fortuny za diesel przez wojnę z Iranem. Trump obwieszcza, że zablokuje każdą ustawę, planuje zrzucić bomby na Iran i zaczyna rozliczać własne zaplecze.
"Zostanę panem Weto i komentatorem". Szokujący spektakl Trumpa po wyborczym nokaucie
Ktokolwiek sądził, że lakoniczne oświadczenie dla "New York Timesa" o gotowości do zaakceptowania wyników wyborów oznaczało narodziny nowego, wyważonego Donalda Trumpa, ten nie zna 47. prezydenta USA. Kilka godzin po tym, jak wyborcze projekcje odebrały Republikanom kontrolę nad Izbą Reprezentantów i Senatem – a zapowiadane królestwo Trumpa upadło, w rezydencji prezydenta pękły wszelkie tamy.
Zasada jest jedna: Donald Trump nigdy nie przegrywa. Jeśli obóz władzy poniósł historyczną klęskę, winni są wszyscy dookoła – od gubernatorów, przez konserwatywnych dziennikarzy, aż po stacje benzynowe.
Prawdziwym hitem nocnej aktywności prezydenta stało się opublikowanie zdjęcia nowej wersji kultowego gadżetu ruchu MAGA. Zamiast hasła "Make America Great Again" na charakterystycznej czerwonej czapce z daszkiem pojawił się wielki, biały napis: "WETO".
Trump zapowiedział, że nie podpisze ani jednej ustawy przygotowanej przez opozycję, z dumą ogłaszając się "panem weto". Potem Trump znów kompletnie odleciał: w kolejnym, trudnym do zinterpretowania wpisie poszedł jeszcze dalej w stronę politycznej groteski, obwieszczając, że w wolnych chwilach... zostanie komentatorem politycznym i będzie publicznie recenzował, dlaczego poszczególni kandydaci polegli lub wygrali.
Greg Abbott to "RINO", a Fox News sprzyja lewicy. Trump rozlicza własny obóz
Najostrzejsze razy spadły jednak na ludzi z własnego obozu politycznego. Głównym kozłem ofiarnym niespodziewanej klęski w Teksasie – gdzie po raz pierwszy od dekad mandat senatorski przejął kandydat Demokratów – stał się wieloletni republikański gubernator Greg Abbott.
Trump bez wahania wrzucił go do kategorii "RINO" (Republican In Name Only – Republikanin tylko z nazwy): "Gdyby Greg Abbott, gubernator Teksasu, nie stał się RINO w ostatnich sześciu miesiącach swojej kariery politycznej, nie poniósłby porażki. Wrócił do swojej pierwotnej strategii, a efekt nie był zbyt przyjemny!" – grzmiał na Truth Social.
Zaraz potem Trumpowi znów puściły nerwy i dostało się ukochanej stacji amerykańskiej prawicy, czyli Fox News. Prezydent oskarżył konserwatywnych dziennikarzy niemal o sabotaż własnej partii: "Fox News ponosi odpowiedzialność za te porażki, ponieważ nieustannie i konsekwentnie zaprasza na antenę przedstawicieli Demokratów".
Zobacz także
Karolina Południowa: jak osobisty upór Trumpa pogrążył Partię Republikańską
Powód histerii prezydenta leży jednak znacznie głębiej niż w Teksasie. Najbardziej upokarzający cios nadszedł z Karoliny Południowej, stanu, który w 2024 roku zagłosował na Trumpa z przewagą niemal 18 punktów procentowych i w którym Republikanie nie przegrali wyborów do Senatu od niemal trzech dekad.
Sensacyjną zwyciężczynią została 45-letnia pediatra, matka trójki dzieci i umiarkowana Demokratka Annie Andrews. Odbicie bastionu prawicy to bezpośredni efekt personalnej obsesji prezydenta. Gdy w lipcu niespodziewanie zmarł wieloletni senator Lindsey Graham, Trump osobiście wymusił mianowanie na jego miejsce siostry zmarłego – Darline Graham. Wbrew oporowi lokalnych struktur partii Trump przepchnął ją w prawyborach, organizując dla niej wiece i pompując miliony ze swojego komitetu MAGA Inc.
Kampania Graham okazała się katastrofą. Kandydatka wykazała się kompletnym brakiem kompetencji, a gwoździem do jej politycznej trumny było publiczne oświadczenie w debacie: "bezpieczeństwo narodowe to nie jest moja bajka". Andrews bezlitośnie wykorzystała ten blamaż, prowadząc kampanię pod hasłem: "Wybory do Senatu to rozmowa o pracę, a nie koronacja" i obiecując obniżkę cen leków oraz podatków.
Efekt? Jeden z najbezpieczniejszych mandatów GOP w Ameryce trafił w ręce opozycji wyłącznie dlatego, że Trump postanowił urządzić tam dynastyczną sukcesję.
Ucieczka w wojnę: "Musimy uderzyć mocno w Iran"
Gdy grunt pali się pod nogami, sprawdzonym manewrem pozostaje geopolityczny szantaż. Podczas porannej rozmowy telefonicznej na żywo z Fox News Trump próbował całkowicie zmienić temat, uciekając w narrację wojenną.
Pytany o doniesienia wywiadowcze dotyczące planowanego ataku na terytorium Iranu, prezydent wypalił wprost: "Musimy zrobić coś wielkiego. To może być potężne uderzenie. Oni nigdy nie będą mieli broni jądrowej".
Dopiero przyciśnięty o wyniki wyborów Trump niechętnie przyznał, że ceny paliwa uderzyły w Republikanów. Stwierdził protekcjonalnie, że wyborcy "po prostu tego nie polubili", gdy musieli płacić rekordowe kwoty przy dystrybutorach za olej napędowy, który podrożał w wyniku jego własnej wojennej awantury – a Amerykanie doskonale wiedzą, ile kosztowała wojna w Iranie.
Jednocześnie prezydent ze stoickim spokojem zaprzeczył, jakoby utrata obu izb Kongresu była jakimkolwiek "ciosem" w jego przywództwo. Na koniec wywiadu pogratulował Demokratom "dobrej roboty", stwierdzając beztrosko, że "polowali na taki wynik od wielu lat i wreszcie im się udało", po czym przeszedł do wychwalania swoich sukcesów na granicy z Meksykiem.






