Donald Trump
"Udawajcie, że to ja jestem na karcie". Nadszedł dzień sądu dla Donalda Trumpa Fot. WhiteHouse.gov

W Stanach Zjednoczonych trwają wybory środka kadencji (midterms), które zadecydują o kontroli nad Kapitolem i wyznaczą ramy dla schyłku prezydentury Donalda Trumpa. Czy Demokraci odbiorą Republikanom Izbę Reprezentantów i postawią pod ścianą sekretarza obrony Pete'a Hegsetha?

REKLAMA

Kiedy prawica musi pompować setki milionów dolarów w kampanię reklamową w tradycyjnie bezpiecznych stanach, takich jak Kansas czy Iowa, to znak, że obóz władzy znalazł się w głębokiej defensywie. Donald Trump apeluje do wyborców o zaufanie, ale w portfelach Amerykanów zieje pustka po miesiącach wojennych wydatków. Wyborczy wtorek (3 listopada) może całkowicie zablokować Biały Dom.

Rachunek za wojnę i cła. Donald Trump walczy o kontrolę nad Ameryką

Na dwa lata przed końcem kadencji Donalda Trumpa amerykańscy wyborcy ruszyli do urn, by zdecydować o układzie sił w Kongresie. Choć nazwisko prezydenta nie widnieje bezpośrednio na kartach do głosowania, nikt w Waszyngtonie nie ma wątpliwości: wtorkowe wybory środka kadencji (midterms) to plebiscyt poparcia dla samego lokatora Białego Domu, który przez ostatnią dekadę zredefiniował scenę polityczną w Stanach Zjednoczonych.

Dla Partii Republikańskiej ten moment nie mógł przypaść w gorszych okolicznościach. Formacja rządząca przystępuje do wyborów w głębokiej defensywie, zmagając się z nastrojami społecznymi zdominowanymi przez jedno, fundamentalne zjawisko: drastyczny wzrost kosztów życia.

O ile w 2024 roku Trump powrócił do Białego Domu na fali spektakularnego triumfu i wysokich notowań, o tyle jesienią 2026 jego kapitał polityczny stopniał do rekordowo niskich poziomów. Wskaźnik poparcia dla prezydenta oscyluje wokół zaledwie 38 procent, a każdy nowy sondaż to koszmar dla prezydenta USA.

Głównym motorem społecznego gniewu jest gospodarka. Ciągnący się od lutego konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie uderzył Amerykanów prosto po kieszeniach – analitycy policzyli już, ile kosztowała wojna w Iranie. O ile przed wybuchem wojny cena galona oleju napędowego wynosiła średnio 3,75 dolara, o tyle we wrześniu osiągnęła historyczne maksimum: 6,52 dolara. Skok cen diesla natychmiast przełożył się na koszty transportu towarów, nawozów sztucznych i żywności.

Wskaźnik inflacji, który w momencie objęcia urzędu przez Trumpa wynosił 3,0 proc., wzrósł do poziomu 3,7 proc. Ekonomiści wskazują jednoznacznie, że presja cenowa byłaby znacznie niższa, gdyby nie wprowadzony przez prezydenta agresywny, protekcjonistyczny reżim ceł importowych.

Skala zniecierpliwienia jest widoczna nawet w rolniczych stanach Środkowego Zachodu, gdzie farmerskie rodziny zmagają się z kosztami paliwa do maszyn rolniczych i drożyzną w supermarketach.

Defensywa w twierdzach. Setki milionów na ratowanie Kansas i Iowy

Najbardziej jaskrawym dowodem na kryzys w obozie Republikanów jest mapa ostatnich wieców wyborczych. Zamiast walczyć o odbijanie tradycyjnych stanów wahających się (swing states), Donald Trump spędził finałowy weekend kampanii na ratowaniu poparcia w bastionach prawicy – w Iowie i Kansas.

W tych stanach Republikanie musieli wpompować setki milionów dolarów w spoty wyborcze, by ratować fotele senatorskie. Jak zauważa Carrie Dann z renomowanego ośrodka analitycznego Cook Political Report, "kiedy partia zaczyna wydawać ciężkie miliony na reklamy polityczne w stanach, w których powinna wygrywać w cuglach, to nieomylny znak, że wie, iż ma potężne kłopoty".

W Kansas i Iowie – gdzie Trump zaledwie dwa lata temu wygrywał przewagą 10, 12 czy 15 punktów procentowych – kandydaci Demokratów mają dziś realne szanse na sprawienie sensacji. Świadomy zagrożenia prezydent podczas ostatnich spotkań wprost błagał swoich zwolenników o mobilizację.

"W tych wyborach bardzo was proszę: udawajcie, że to ja jestem na karcie do głosowania. Po prostu to sobie wyobraźcie" – mówił. Pytanie brzmi jednak, czy nazwisko Trumpa wciąż przyciąga, czy zaczyna odstraszać umiarkowanych wyborców.

Wściekli na Trumpa, niechętni Demokratom

Z perspektywy Partii Demokratycznej sytuacja wydaje się wymarzona, ale polityczna rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona. Choć historyczna zasada niemal zawsze odbiera partii rządzącej mandaty w wyborach połówkowych, analitycy ostrzegają przed wieszczeniem bezdyskusyjnej fali błękitnego triumfu.

Kluczowy problem Demokratów polega na tym, że spadek poparcia dla Trumpa nie oznacza automatycznego wzrostu sympatii do opozycji. Z ogólnokrajowego sondażu NBC wynika, że o ile Trump ma 38 proc. poparcia, o tyle Partię Demokratyczną pozytywnie ocenia zaledwie 29 proc. Amerykanów. Wielu konserwatywnych, chrześcijańskich wyborców z prowincji jest wściekłych na prezydenta za zagraniczne interwencje zbrojne i drożyznę, ale z powodów światopoglądowych nigdy nie zagłosuje na kandydata lewicy.

Jeden dolar więcej za galon benzyny nie zmieni ich przekonań. Jeżeli Demokraci przejmą mandaty, to nie dlatego, że Ameryka ich pokochała – lecz dlatego, że są postrzegani jako mniejsze zło wobec wojennej pożogi i inflacji.

Walka o Kongres rozstrzyga się na dwóch zupełnie różnych płaszczyznach. Nowe sondaże nie pozostawiają wątpliwości: Demokraci są zdecydowanymi faworytami do odzyskania większości w Izbie Reprezentantów. Do zwycięstwa pcha ich zniecierpliwienie mieszkańców przedmieść i okręgów przemysłowych (jak Detroit w Michigan, gdzie lewicowy kandydat Abdul El-Sayed mobilizuje zmęczoną drożyzną klasę pracującą).

W Senacie poprzeczka wisi znacznie wyżej. Wybieranych jest 35 senatorów. Aby przejąć izbę wyższą, Demokraci muszą uzyskać zysk netto na poziomie 4 mandatów (lub 5, jeśli stracą zacięcie broniony fotel w Michigan). Wszystko rozstrzygnie się w granicach błędu statystycznego w kilku kluczowych stanach: w Michigan, Teksasie (gdzie wschodzącą gwiazdą jest James Talarico), Ohio, Iowie, Maine, na Alasce oraz w Karolinie Północnej.

Co czeka Waszyngton po wyborach? Paraliż, dekrety i widmo impeachmentu

Jeżeli prognozy się potwierdzą i Partia Demokratyczna odbije przynajmniej Izbę Reprezentantów, królestwo Trumpa upadnie w listopadzie, a architektura władzy w USA ulegnie gwałtownemu pęknięciu. Dla Donalda Trumpa utrata niższej izby oznacza definitywny koniec drogi ustawodawczej. Prezydent nie będzie w stanie przeforsować przez Kapitol żadnej dużej ustawy.

Do tego scenariusza lokator Białego Domu jest jednak przygotowany – już teraz w bezprecedensowy sposób zarządza krajem z pominięciem parlamentu, opierając się na rozporządzeniach wykonawczych (executive orders).

Prawdziwym zagrożeniem dla administracji będą uprawnienia kontrolne i śledcze Kongresu. Komisje Izby Reprezentantów zyskają prawo wzywania urzędników, żądania dokumentów i prześwietlania kontraktów wojskowych. W kręgach demokratycznych głośno mówi się o postawieniu w stan oskarżenia (impeachment) Pete'a Hegsetha, który jako sekretarz wojny USA czyści Pentagon i odpowiada za prowadzenie kontrowersyjnej i niepopularnej wojny z Iranem.

Pozostaje jeszcze jedna, niepokojąca zmienna: reakcja samego Trumpa na ewentualną wyborczą klęskę. Prezydent w toku kampanii wielokrotnie podważał uczciwość procedur wyborczych. W przypadku bolesnych porażek w republikańskich twierdzach należy spodziewać się kwestionowania legalności zliczania głosów i kolejnej rundy prawnych batalii.

Wtorkowe głosowanie to wreszcie pierwsza odsłona walki o kształt Ameryki w erze po Trumpie. Wyniki z Teksasu czy Georgii pokażą, czy młodzi liderzy Demokratów (jak Jon Ossoff czy James Talarico) są w stanie na stałe zmienić mapę wyborczą USA przed batalią prezydencką w 2028 roku. Wcześniej Waszyngton musi przetrwać noc, która może zamienić ostatnie dwa lata rządów Donalda Trumpa w permanentne polityczne oblężenie.