Waldemar Żurek, minister sprawiedliwości
Waldemar Żurek postanowił pouczyć Polaków, jak należy demonstrować Fot. Flickr / Ministerstwo Sprawiedliwości

Barierki, szlifierki, latające krzesła i ostre polityczne zwarcie przed gmachem Trybunału Konstytucyjnego przy alei Szucha w Warszawie. Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek postanowił pouczyć Polaków, jak należy demonstrować: zamiast koczowiska proponuje "śpiew, światło i sympatyczne hasła".

REKLAMA

Awantura wokół Trybunału Konstytucyjnego weszła w fazę ulicznego przesilenia. Przez lata instytucja – określana przez obecnie rządzących mianem zabetonowanej i upolitycznionej – była zarzewiem najcięższych sporów w polskiej polityce. Odkąd jednak koalicja podjęła zdecydowane kroki w celu przywrócenia praworządności i uporządkowania sytuacji kadrowej, gmach przy al. Jana Chrystiana Szucha zamienił się w twierdzę, a przed jego bramami stanęło miasteczko namiotowe.

Tak, wokół Trybunału wrze od plotek o rzekomych desantach policji, które kolportują przede wszystkim politycy PiS, a po obu stronach barykady emocje sięgają zenitu. Na ten stan nakładają się nocne incydenty przed gmachem, w których główną rolę odegrali narodowcy i polityczni radykałowie.

Poradnik protestowania według ministra Żurka

Do wydarzeń pod TK bezpośrednio odniósł się Waldemar Żurek. w trakcie konferencji prasowej, która dotyczyła przede wszystkim wielkiej akcji CBA, w trakcie której zatrzymano 25 osób ws. Elektrowni Ostrołęka. "Idziemy po was" – przestrzegł rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych Jacek Dobrzyński.

Jak podkreślił w trakcie briefingu minister sprawiedliwości, choć obecność namiotów przed Sejmem czy KPRM to element krajobrazu polskiej demokracji, to w tym przypadku przekroczono pewne granice – z czym trudno się nie zgodzić.

– I o ile te miasteczka są pokojowe, to wydaje mi się, że to jest element demokracji, który powinniśmy szanować. Ja niestety widziałem negatywne konsekwencje działania niektórych osób w tym miasteczku – mówił Waldemar Żurek.

Szef resortu sprawiedliwości zwrócił uwagę na sytuację sędziów i pracowników urzędu, którzy – jak wskazał – musieli mierzyć się z jawną agresją, co również jest prawdą. – Też irytacja sędziów, którzy wchodzili przez furtkę legalnie do Trybunału, była bardzo duża. I wręcz strach. Lżeni, popychani, ubliżano im. Oni czuli się zagrożeni – powiedział polityk, zaznaczając, że koczowisko utrudnia dostęp do dziennika podawczego zwykłym obywatelom chcącym załatwić sprawy urzędowe.

Minister przypomniał również o nocnych przepychankach w TK i wprost wymienił Roberta Bąkiewicza. – Widzieliśmy w nocy, co się działo. Cięcie płotu szlifierkami czy też rzucanie różnych przedmiotów w kierunku policjantów. Widzieliśmy pana Bąkiewicza, jak wyszarpywał barierki policjantom. Wiem też, że leciały jakieś krzesła – wyliczał.

Waldemar Żurek nie poprzestał jednak na potępieniu chuligaństwa i wandalizmu. Nakreślił też wzorzec "właściwego" protestu. Jako idealny przykład wskazał akcję "Światełka dla Trybunału". – Jak powinni obywatele protestować? Śpiew, światło, sympatyczne hasła. Tak powinna wyglądać demonstracja pokojowa. W całej Polsce te demonstracje wczoraj były w wielu miejscach. Nigdzie nie było burd, łamania prawa – przekonywał minister, apelując, by protestujący nie paraliżowali chodników ani ścieżek rowerowych w centrum stolicy.

Politolożka: "Nie dawałabym lekcji obywatelom"

Te paternalistyczne wskazówki szybko spotkały się z chłodną recenzją. W TVN24 wystąpienie ministra oceniła dr hab. Małgorzata Molęda-Zdziech, socjolożka, politolożka i kierowniczka Katedry Studiów Politycznych SGH.

Ekspertka doceniła uspokajający ton wypowiedzi Waldemara Żurka i dążenie do rozładowania napięć, zauważając, że Polska cierpi na głęboki deficyt szacunku do prawa i instytucji publicznych. Jednocześnie skrytykowała mentorski ton ministra wobec manifestantów.

– Każde zgromadzenie zalegalizowane jest elementem demokracji, więc ja już nie oceniałabym czy nie dawałabym lekcji obywatelom, w jaki sposób powinni demonstrować – zaznaczyła dr hab. Molęda-Zdziech. Jej zdaniem, dopóki zgromadzenie jest legalne, zgłoszone i mieści się w granicach prawa, władza wykonawcza nie powinna narzucać manifestantom formy ich sprzeciwu. – Ten komentarz może niekoniecznie był na koniec potrzebny – skwitowała politolożka.

Spór o TK od dawna nie jest już wyłącznie batalią na kodeksy i wykładnie prawne. Jednak gdy polityczne napięcie przenosi się na ulicę, granica między pilnowaniem porządku a dyscyplinowaniem obywateli staje się wyjątkowo cienka. A próby pouczania suwerena, jak ma wyrażać swoje zdanie, rzadko kiedy gaszą pożar.