
W Polsce pogrzebał rządy PiS, na Węgrzech załatwił Fidesz, a ledwo rozgościł się na Florydzie i Amerykanie odebrali Donaldowi Trumpowi obie izby Kongresu. Wolny świat, zamiast ścigać Zbigniewa Ziobrę, powinien zrzucić go na spadochronie prosto na plac Kim Ir Sena lub pod Mińsk.
To już nie jest przypadek, bo przypadków nie ma, są tylko znaki. To żelazne prawo polityki: gdziekolwiek pojawi się Zbigniew Ziobro, tam zamordyzm dostaje zawału. Po upadku Budapesztu i błękitnym nokaucie w Waszyngtonie mapa bezpiecznych przystani dla byłego szeryfa skurczyła się chyna do zera. Jeśli polska dyplomacja ma odrobinę sprytu, powinna zafundować mu bilet w jedną stronę do Aleksandra Łukaszenki. Pół roku na daczy pod Mińskiem i Białorusini sami zatańczą z biało-czerwono-białymi flagami.
Midas à rebours. Ziobro kładzie rządy skuteczniej niż kolorowe rewolucje
Gdyby stratedzy z Waszyngtonu mieli odrobinę wyobraźni, nie zastanawialiby się nad ekstradycją byłego ministra sprawiedliwości, lecz wpisali go do doktryny obronnej USA jako broń przeciwko tyranii. Skala politycznych zniszczeń, jakie obecność Ziobry wywołuje w szeregach populistów, bije na głowę sankcje gospodarcze i traktaty pokojowe.
Przegrał Polskę, spakował walizki na Węgry – nastąpił upadek Orbána. Znalazł przystań w cieniu Trumpa – Demokraci wzięli Senat, Izbę Reprezentantów i rządzony od stu lat przez prawicę stan Kansas. Zbigniew Ziobro to dziś największy koszmar każdego polityka marzącego o dożywotniej władzy i sterowanym sądownictwie. Zanim w USA zorientują się, skąd nadszedł ten kataklizm, pozostaje pytanie: dokąd uciekać, gdy w promieniu tysięcy kilometrów zostali już tylko sami demokraci?
Zapomnijcie o agentach CIA z trucizną w parasolkach. Wykasujcie z pamięci teorie o kolorowych rewolucjach, fundacjach Sorosa (swoją drogą: czy wiecie, że Elon Musk przez ostatnie 2 lata wydał więcej własnych pieniędzy na wsparcie polityków niż George Soros przez 47 lat?), łapówkach, chemtrailsach i mikroczipach. Prawdziwa broń ostateczna współczesnej demokracji nie ma licencji na zabijanie, nie nosi smokingu Jamesa Bonda i nie korzysta ze sztucznej inteligencji. Nosi nieco przyciasną marynarkę, ma minę skrzywdzonego ministranta i teczkę z prokuratorskimi aktami, którymi od trzydziestu lat bezskutecznie próbuje kogoś posadzić.
Tą bronią – katalizatorem dziejowej sprawiedliwości i chodzącym nekrologiem nieliberalnych reżimów – jest Zbigniew Ziobro.
Klątwa Zero. Zbigniew Ziobro obala rządy twardej ręki
Gdyby politologia była nauką ścisłą, zjawisko to miałoby już swój wzór matematyczny i stałą fizyczną. Nazwijmy ją Klątwą Zero. Zasada działania jest porażająco prosta: gdziekolwiek Zbigniew Ziobro rozwinie swój kocyk, ułoży pieczątki i zacznie snuć wizje państwa twardej ręki, tam w ciągu kilkunastu miesięcy rządy silnej ręki z hukiem lecą na pysk, a wdzięczny naród wychodzi na ulice śpiewać hymny wolności.
Wszystko, czego ten człowiek dotknie z zamiarem zamienienia w zamordyzm, w niewytłumaczalny sposób natychmiast zamienia się w triumf liberalnego parlamentaryzmu.
Zaczęło się skromnie, na własnym podwórku. Ziobro przez osiem lat budował nad Wisłą system tak szczelny, tak zabetonowany i tak naszpikowany podsłuchami, że nawet mysz w gmachu na Rakowieckiej nie miała prawa pisnąć bez kontrasygnaty prokuratora rejonowego.
Prężył muskuły, mianował sędziów, machał pistoletem za paskiem garnituru i cieszył się, że załatwił praworządność na amen. Efekt? W październiku 2023 roku Polacy w takim amoku pobiegli do urn, byle tylko podziękować suwerennej ekipie, że w lokalach brakowało kart, a kolejki do lokali wyborczych na Jagodnie stały do trzeciej w nocy. Cały misterny gmach prawicowej hegemonii rozleciał się w drobny mak, a sam Wielki Inkwizytor musiał zwinąć manatki i salwować się ucieczką.
Wybór pierwszego azylu wydawał się genialny. Budapeszt. Viktor Orbán, polityczny terminator znad Dunaju, wódz Fideszu panujący nieprzerwanie od epoki kamienia łupanego, człowiek, który zabetonował węgierskie media, ordynację i sądownictwo tak skutecznie, że prędzej w Balatonie zamieszkałyby krokodyle, niż opozycja doszłaby do władzy.
Ziobro z azylem politycznym na Węgrzech zameldował się w naddunajskiej willi, być może zjadł miskę gulaszu i wypił lampkę Tokaju, otworzył laptopa i... pyk! Nie minęło kilkanaście miesięcy, a nienaruszalna potęga Orbána zaczęła chwiać się w posadach, pękać na szwach i runęła w atmosferze gigantycznych skandali, protestów i gospodarczego krachu. Węgrzy nagle przypomnieli sobie, jak smakuje europejska demokracja.
Przypadek? Nie bądźmy naiwni. Viktor po prostu nie wiedział, że wpuszczając do kraju polskiego gościa, instaluje w fundamentach swojego państwa bombę dekompozycji.
Zobacz także
Ziobro w USA, czyli błękitne tsunami w Kongresie
Zdesperowany uciekinier musiał szukać potężniejszego patrona. Poleciał za ocean, prosto w opiekuńcze ramiona Donalda Trumpa i ruchu MAGA. Floryda, czerwone czapeczki, bezpieczna przystań w kraju wolności od europejskich nakazów aresztowania. Wydawało się, że Ziobro w USA jest bezpieczny – w końcu Trump po powrocie do Białego Domu trząsł całą Ameryką, miał większość w Kongresie, Sąd Najwyższy w kieszeni i roztaczał wizje rządzenia twardą ręką przez dekady.
I co? I ledwo pan Zbyszek zdążył rozpakować walizki i zorientować się, w którym supermarkecie sprzedają najlepsze bajgle, nadeszły wybory w USA w połowie kadencji, w listopadzie 2026 roku. Błękitne tsunami zmiotło Republikanów z powierzchni ziemi. Demokraci odbili Izbę Reprezentantów, wzięli Senat, wygrali w Teksasie, a w Kansas po stu latach wybrali senatora z lewicy. Trump został sam w Białym Domu, nakłada na głowę czapkę z napisem "WETO", bredzi w nocy na portalach społecznościowych, grozi bombami i rozważa karierę telewizyjnego publicysty. Amerykańscy politolodzy zachodzą w głowę, jak mogło dojść do aż tak bezprecedensowego krachu. Cały republikański ład szlag trafił na miejscu.
Ziobro na Pjongjang i Hawanę
W tej sytuacji przed społecznością międzynarodową otwierają się dwa fascynujące scenariusze.
Pierwszy zakłada, że w Pentagonie lub w nowym, zdominowanym przez Demokratów Kongresie, ktoś wreszcie pójdzie po rozum do głowy i dostrzeże operacyjny geniusz tej sytuacji. Zamiast bezdusznie wydawać Ziobrę prokuratorowi Żurkowi na pożarcie, Amerykanie powinni uznać go za broń białkową klasy strategicznej i natychmiast zrzucić na spadochronie w rejonie Hawany albo wysłać z misją dyplomatyczną do Pjongjangu.
Wyobraźcie to sobie: Ziobro przybywa do Korei Północnej jako doradca Kim Dzong Una do spraw reformy kodeksu karnego i zaostrzania dyscypliny w obozach pracy. Siada przy biurku, zaczyna coś kreślić w przepisach, marudzi o suwerenności... Dajmy mu osiem, góra dziesięć miesięcy. W Pjongjangu wybuchnie rewolucja, północnokoreańscy generałowie zaczną zrywać pagony i tańczyć w kółeczku na placu Kim Ir Sena, lud zburzy pomniki dynastii, a zdesperowany Kim ucieknie na motorówce do Władywostoku.
Ziobro zdołałby zdemokratyzować Kubę szybciej, niż sześćdziesiąt lat amerykańskiego embarga i sto pięćdziesiąt operacji CIA razem wziętych. Wystarczyłoby, żeby Fidel z zaświatów albo Raoul z pałacu usłyszał jedno jego wystąpienie o reformie sądownictwa, a komunizm na wyspie stopiłby się samoczynnie.
Scenariusz drugi: Mińsk, dacza i koniec reżimu Łukaszenki
Jest jednak i drugi wariant, znacznie bardziej swojski: Amerykanie po prostu każą mu się wynosić, a Ziobro – czując, że pętla międzynarodowej pomocy prawnej zaciska się na jego szyi – znowu weźmie nogi za pas. Problem w tym, że mapa świata dla naszego ulubionego turysty skurczyła się do rozmiarów chusteczki do nosa. Kraje zachodnie natychmiast zapakują go w samolot do Warszawy. W Ameryce Południowej nikt go nie chce. Do Moskwy strach jechać, bo tam mają paskudny zwyczaj otwierania okien na dziesiątym piętrze i serwowania herbaty z polonem.
I wtedy na scenę wkracza jedyny logiczny kierunek. Mińsk. Wyobraźcie sobie tę piękną, operację: Ziobro puka do bram rezydencji Aleksandra Łukaszenki. "Aleksandrze Grigoriewiczu, bracie w oporze przeciwko brukselskiemu dyktatowi, przyjmij uchodźcę!". Baćka, uradowany, że ma wreszcie kogoś z Zachodu, daje mu daczę pod Mińskiem, miskę pieczonych kartofli i mianuje konsultantem do spraw tłumienia opozycji.
I wtedy machina rusza. Mija pół roku. Zanim nadejdzie zima 2027 roku, reżim Łukaszenki – trwający nieprzerwanie od 1994 roku – rozpada się pod własnym ciężarem w drobny mak. Białorusini w euforii zrywają czerwono-zielone flagi, wywieszają biało-czerwono-białe sztandary, OMON rzuca tarcze na ziemię i zaczyna rozdawać demonstrantom kwiaty, a sam Łukaszenka pakuje walizki i błaga o azyl w Chinach.
Białoruś zostaje wyrwana z objęć Putina, granica na Bugu staje się najbezpieczniejszym miejscem w Europie, a zdezorientowany Kreml traci swój jedyny zachodni bufor. A wszystko dzięki jednemu skromnemu posłowi z Krakowa.
Zbigniew Ziobro, mimowolny patron globalnej odwilży
Zbigniew Ziobro przeszedłby wówczas do historii nie jako bezwzględny minister sprawiedliwości, którym tak bardzo pragnął być, ale jako mimowolny patron globalnej odwilży. Człowiek, który chciał zostać Torquemadą, a przez zrządzenie losu i własną organiczną nieudolność stał się najskuteczniejszym ambasadorem społeczeństwa obywatelskiego na świecie. Panie Zbyszku, błagamy: pakuj walizkę. Mińsk czeka. Wolność dla Białorusi jest dosłownie o jeden twój meldunek stąd.






