
Prezydent USA staje się polityczną "kulawą kaczką", Demokraci przejmują pełną kontrolę nad Kongresem, a w Polsce otwiera się zupełnie nowy rozdział na szczytach władzy. Kto wyjdzie z tego starcia zwycięsko? Rząd Donalda Tuska łapie wiatr w żagle, ale Karol Nawrocki może wpaść w wyjątkowo niebezpieczną pułapkę. – Ja bym ostrzegał naszego prezydenta – powiedział naTemat Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych.
Wyniki wyborów w USA nie pozostawiają złudzeń: Partia Republikańska i Donald Trump tracą Kongres, a błękitna fala zmiotła republikańską większość. Demokraci w tej chwili mają 55 mandatów w 100-osobowym Senacie (stan na godz. 11:50, nierozstrzygnięty jest jeden mandat) oraz bezdyskusyjną większość w Izbie Reprezentantów 254:171 (nierozstrzygniętych 10 miejsc).
Dla prezydenta USA to dramat. Samotny w Białym Domu, został zepchnięty do roli "wetomana" i pozbawiony parlamentarnego zaplecza. Radosław Sikorski po dramacie Trumpa nie mógł się powstrzymać i nie czekał ani chwili, by przypomnieć o swoich przewidywaniach i wbić szpilę oponentom.
Z perspektywy rządu Donalda Tuska i polskiej dyplomacji to wymarzony scenariusz. Otwiera się szerokie okno na bezpośrednią współpracę z nową większością na Kapitolu. Dodajmy jednak, że jeszcze przed wyborami eksperci ostrzegali, że choć królestwo Trumpa upadnie w listopadzie, radość w Polsce może okazać się przedwczesna.
Nawrocki czy rząd zyskają na klęsce Trumpa?
Czy dotychczasowa, ostentacyjna wręcz bliskość Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem przetrwa próbę sił, podczas gdy Donald Tusk, Radosław Sikorski i cały rząd zaczną bez przeszkód monetyzować swoje wyrobione kontakty w Kongresie?
Profesor Michał Urbańczyk z UAM w rozmowie z naTemat.pl zwraca uwagę na fundamentalną zasadę dyplomacji, która powinna studzić partyjne emocje. – Relacje osobiste są bardzo ważne, natomiast te relacje związane z interesami państwa to jest trochę inna kategoria. Bez względu na to, która partia jest w Białym Domu czy w Kongresie, pewne aktywności powinny mieć miejsce także ze strony polskiej – stwierdza amerykanista i prawnik.
Jak jednak wskazuje analityk rynków finansowych Piotr Kuczyński, układ sił premiuje dziś jednoznacznie obóz rządzący. – Radosław Sikorski i rząd będą mieli zapewne bardzo dobre stosunki z całym Kongresem. Absolutna większość Demokratów w Senacie i spokojna przewaga w Izbie Reprezentantów niewątpliwie pomogą w budowaniu relacji na linii polski rząd–amerykański parlament – zauważa Kuczyński w rozmowie z naTemat.pl.
Zobacz także
Trump zawalczy o własny portfel. Czy Nawrocki zaryzykuje?
Problem, jak dodaje analityk, pojawia się po stronie Pałacu Prezydenckiego. Karol Nawrocki budował swoją pozycję międzynarodową jako zaufany partner Donalda Trumpa – jeszcze we wrześniu Trump namaścił Nawrockiego na zbawcę Europy. Teraz jednak amerykański sojusznik jest maksymalnie skrępowany przez parlament.
Co gorsza, brak perspektywy kolejnej kadencji zdejmuje z amerykańskiego prezydenta jakiekolwiek polityczne hamulce. Piotr Kuczyński wystosował pod adresem polskiego prezydenta bardzo poważne ostrzeżenie.
Piotr Kuczyński
analityk rynków finansowych
– Donald Trump nie musi już walczyć o reelekcję ani o Partię Republikańską. Będzie walczył tylko o swój portfel. Może proponować rozwiązania, które kompletnie nam się nie spodobają – na przykład wpuścić Rosjan na rynki surowcowe – wskazuje ekspert.
Pałac Prezydencki ogłosił, że upadek partii Trumpa to "memento dla Donalda Tuska"
Taki zwrot akcji postawiłby polską prawicę w skrajnie niewygodnym położeniu. Ślepe trwanie przy Trumpie, który w pogoni za własnym interesem mógłby pójść na ustępstwa wobec Moskwy, stałoby się dla Pałacu Prezydenckiego politycznym harakiri.
Wydaje się więc, że na waszyngtońskim trzęsieniu ziemi doraźnie wygrywa duet Tusk–Sikorski. Szef rządu i szef MSZ zyskują potężną przeciwwagę dla Białego Domu w postaci zdominowanego przez Demokratów Kongresu, spychając prezydencką dyplomację do narożnika. Jeśli Nawrocki w porę nie oddzieli osobistych sympatii od twardych realiów państwa, cena za lojalność wobec osłabionego Trumpa może okazać się dla niego bolesna.
Tymczasem błękitne (czyli demokratyczne) tsunami, kóre zmiotło Republikanów w USA, u polskiej prawicy wywołało syndrom wyparcia i dysonans. Zamiast refleksji nad klęską swojego ideologicznego patrona zza oceanu, szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz ogłosił, że upadek partii Trumpa to... "memento dla Donalda Tuska".
"Żadna władza nie trwa wiecznie. Po jednej ekipie, przychodzi inna. A państwo musi trwać i prawo musi być przestrzegane. Przyjdzie taki moment, kiedy i w polskim Sejmie wyborcy zdecydują o zmianie. I może to być już całkiem niedługo" – napisał Przydacz na X. To nie pierwszy raz, gdy Przydacz nagle oskarża Tuska.






