Lewica zamiast się porozumieć, jeszcze bardziej się pokłóciła.
Lewica zamiast się porozumieć, jeszcze bardziej się pokłóciła. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

A miało być tak pięknie... Wydawało się, że lewicy udało się porozumieć w sprawie wspólnego startu w wyborach. Tymczasem jedni drugim podkradają nazwy i szyldy, u tych większych ciągle trwają spory o jedynki, a mniejsi partnerzy czują się marginalizowani.

REKLAMA
Polska lewica od lat pikuje w notowaniach, cytując świetny numer Australijczyków z AC/DC zmierza "autostradą do piekła". Wydawało się, że udało jej się zawrócić tuż przed osiągnięciem celu. Ale to, co miało być początkiem powrotu do czasów świetności okazało się jeszcze szybszym pędem ku ostatecznej katastrofie.
Droga lewicy ku zatraceniu zaczęła się właściwie w chwili, gdy odniosła ona swój największy sukces. Koalicja SLD-UP zdobyła władzę, na czele rządu stanął Leszek Miller, żelazny kanclerz. Później jak z rękawa zaczęły się sypać afery, lewica została zepchnięta do narożnika przez prawicową (niedoszłą) koalicję PO-PiS.
Później było już tylko gorzej: nieudany projekt LiD, walki o władzę między Wojciechem Olejniczakiem a Grzegorzem Napieralskim i konkurencja SLD i Twojego Ruchu o ten sam elektorat. W efekcie lewica ma razem mniej niż 10 proc. poparcia w sondażach i stoi wobec realnego zagrożenia nieprzekroczenia progu wyborczego. Do tego lewicowi liderzy ostro pracowali na jeszcze większe rozbicie, powołując kolejne inicjatywy: Dom Wszystkich Polska Ryszarda Kalisza, Ruch Sprawiedliwości Społecznej Piotra Ikonowicza, Wolność i Równość Hartmana i spółki, i tak dalej, i tak dalej.
Apogeum tego była próba zgłoszenia czwórki kandydatów na prezydenta (Ogórek, Palikot, Grodzka, Nowicka), w efekcie czego dwie ostatnie nie zebrały podpisów. Ci, którym udało się zarejestrować zanotowali tragiczne wyniki. Ale w tym tunelu pojawiło się światełko i nie był to nadciągający z przeciwka pociąg.

Pierwsze rozmowy

- Partia Razem

Jan Guz, szef potężnego OPZZ postanowił zjednoczyć lewicę. To logiczny ruch, bo bez sejmowej ekspozytury jego organizacja straci na znaczeniu. Początkowo wszystko zapowiadało się dobrze. A nawet bardzo. Politycy SLD zapewniali, że zrobią krok do tyłu. - Nikogo nie wykluczamy, zapraszamy wszystkich - powtarzał jak mantrę Krzysztof Gawkowski.
I usiedli przy stole, by uzgodnić program. Przełamano pierwsze lody, zapomniano dawne spory, ale już na starcie z rozmów zrezygnowała Partia Razem, która może zdobyć sporo głosów w miastach. Ale nawet bez niej zjednoczenie lewicy miało sens. Już wtedy pojawiły się jednak głosy (jak ten, Pawła Piskorskiego), że to może być tylko podstęp ze strony SLD. Ugrupowanie Leszka Millera starało się jednak okazywać dobrą wolę, zdejmując z Grzegorza Napieralskiego kary nałożone przez sąd partyjny.

Ustalanie programu

- Biało-Czerwoni


Na nic to się zdało, bo własną inicjatywę ogłosili Grzegorz Napieralski i Andrzej Rozenek. Zapowiedzieli też, że Biało-Czerwoni wystartują do Sejmu oddzielnie. Jednak jednocząca się lewica nie zrażała się i prowadziła trudne, choć jak się okazało owocne negocjacje programowe. Udało się ustalić podstawowe wspólne postulaty, które Zjednoczona Lewica będzie niosła na sztandarach (jako pierwsi pisaliśmy o tym w naTemat).
Politycy lewicy zapewniali, że teraz są już na prostej drodze do sukcesu, bo "byliby głupi, gdyby pokłócili się o miejsca na listach" (to słowa Włodzimierza Czarzastego) z SLD. Ale już na tym etapie zaczęły pojawiać się (jeszcze wtedy) drobne tarcia, pokazujące hegemonię SLD i Twojego Ruchu. Ot, choćby wypowiedź Katarzyny Piekarskiej, która zaoferowała "jedynkę" w Szczecinie Napieralskiemu, choć miał ją już obiecaną Adam Ostolski z Zielonych.

Jedynki

- Anna Grodzka


Na lewicy zaczęła się więc walka o miejsca, przypominająca tę obserwowaną w ostatnich tygodniach w Platformie Obywatelskiej. Do mediów przeciekały informacje o tym, kto ma być jedynką w którym okręgu, a wszystko po to, by podnieść notowania kandydata. Do tego zaczęły pojawiać się tak egzotyczne kandydatury jak Renata Beger, zaproponowana przez lokalny SLD.
Ten pomysł szybko utrącono, ale to nie oznaczało, że lewica zrozumiała, że dzisiaj w polskiej polityce sprzedaje się wszystko z nalepką "nowość". Dlatego szybko zaczęto wyrzucać nowej koalicji, że jedynki zasiedlą stare twarze, znane nie tyle z "Wiadomości", co jeszcze z "Dziennika Telewizyjnego". W ogóle ze startu w wyborach zrezygnowała Anna Grodzka, która stwierdziła, że podziały są zbyt głębokie.

Rozłam

Już po ogłoszeniu, że na lewicy dokonał się przełom, wszystko zaczęło się sypać. Nie można powiedzieć, że wbrew oczekiwaniom i przewidywaniom. Jak bumerang wróciły (i uderzyły w potylicę) słowa Włodzimierza Czarzastego, bo poszło o jedynki.
Z porozumienia wypisała się grupa planktonowych partyjek pod przywództwem Wojciecha Filemonowicza, szefa Socjaldemokracji Polskiej (założonej przez Marka Borowskiego po jego odejściu z SLD). Razem z nim poszli Wolność i Równość, Polska Partia Pracy, Ruch Sprawiedliwości Społecznej, Polska Lewica, Partia Regionów i Biało-Czerwoni. Komponent związkowy stanowi OPZZ Rolników, kierowane przez Sławomira Izdebskiego, byłego senatora Samoobrony. Ostatecznie to oni dogadali się szybciej i jako pierwsi zarejestrowali w PKW komitet Zjednoczona Lewica.
Sytuacja ze zwykłego sporu politycznego przeistoczyła się więc w groteskę, pokazującą zadziwiający nawet jak na polskie warunku pęd do autodestrukcji. Ostatecznie więc wystartują dwie Zjednoczone Lewice (ta druga z niemożliwym do powtórzenia z pamięci dopiskiem SLD+TR+PPS+UP+Zieloni). Teraz pozostaje tylko wziąć popcorn i obserwować jak zamiast mówić jednym głosem lewicowe bloki ze sobą walczyć. To będzie groteskowy pogrzeb.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl