
Helikopterowi rodzice wolą toczyć wojny z systemem, zamiast uczyć dzieci zdrowej odporności psychicznej. To, że dziecko jest smutne, bo nie dostało czerwonego paska to dobry, zupełnie normalny predyktor. Paradoksalnie, to właśnie odcinając dziecko od trudnych emocji, rodzice odbierają mu szansę na zdobycie kluczowych kompetencji.
W polskiej debacie publicznej wybuchł ostatnio (ponownie zresztą) temat czerwonych pasków na świadectwach i pasków wielokolorowych. Liczne grono rodziców twierdzi, że system jest niesprawiedliwy, wymaga natychmiastowej zmiany, a ich dzieci przeżywają smutek z powodu niedocenienia ze strony placówki.
Bardzo często niestety zapominając przy tym, że przeżywanie smutku ma istotną funkcję rozwojową, a problemem częściej jest jego unikanie. Samo konstruktywne przeżywanie go jest absolutnie kluczowe dla rozwoju jednostki. Nie tylko zresztą smutku – jakichkolwiek trudności i stresu na tolerowalnym poziomie.
W uproszczeniu: rozwój dziecka korzysta na konstruktywnym rozwiązywaniu kryzysów, np. związanych z niską oceną, niedostateczną oceną, konfrontacją oczekiwań z rzeczywistością. Oczywiście, jeśli odbywa się to w zdrowych i wspierających realiach.
Oznacza to, że gdy dziecko jest smutne z powodu niskich wyników – konstruktywnie smutne, np. wyraża się o tym z rozczarowaniem, odczuwa tymczasowy spadek motywacji, a nawet zgłasza smutny nastrój – nie tylko nie ma powodów do obaw, ale jest to coś pozytywnego. Może oczywiście skorzystać na delikatnej reakcji – zaoferowaniu wsparcia, miłym geście, szczerej rozmowie, ale nie powinno być traktowane jako patologia, której źródło należy natychmiast znaleźć i zniszczyć.
Nie odbieraj dziecku szansy na konstruktywny rozwój
Problemem zaczyna być więc nie sam smutek, a strategia rodziców, którzy odbierają dziecku możliwość konfrontacji z własnymi emocjami. Nawet pomimo faktu, że system edukacyjny jest wadliwy. Bo w praktyce nie o edukację tu chodzi.
System rości sobie prawo do merytorycznej oceny dziecka, ale w praktyce nie ma do tego kompetencji. Rezultaty dziecka w szkole zależą w znacznej mierze od jego domyślnego (wyciągniętego z domu) kapitału kulturowego, środków finansowych, które przeznaczone są na rozwój danej jednostki, cech temperamentalnych, jakości środowiska rozwojowego, biologicznych ograniczeń – taka lista może iść wręcz w nieskończoność. Zresztą kluczowa jest sama szkoła, jej poziom oceniania, kompetencja innych dzieci, skuteczność kadry. To wszystko jest niemierzalne. Mierzalne jest za to coś innego.
Co jest często pomijane w debacie publicznej, sama instytucja szkoły nie musi uczyć, by być środowiskiem rozwojowym dla dziecka. Tworzy ona (często) względnie bezpieczne ramy, w których dziecko może testować swoją emocjonalność, badać skuteczność swoich strategii względem środowiska, zmagać się z konfliktami.
Kontrola tego środowiska może być uzasadniona, gdy jest ono faktycznie źródłem silnego stresu i smutku. Gdy jest ono realnie toksyczne. Problem pojawia się, gdy kontrola ta wdrażana jest bez uzasadnionego powodu. A takich sytuacji jest coraz więcej.
Za aferą paskową kryją się często helikopterowi rodzice
Dyskusja na temat pasków na świadectwie jest przykładem lekkiego odwrócenia funkcji środowiska i strategii wobec środowiska. Rodzice chcą wpływać nie na strategię z jaką dziecko podchodzi do środowiska, a na środowisko per se. Czerwone paski póki co są drugorzędną "daną" z rzeczywistości, wokół której należy nawigować, a nie priorytetową zmienną, którą należy dostosować do swojego "widzimisię".
Zresztą o podobnym zjawisku mowa także w wielu innych przypadkach, warto w tym miejscu wspomnieć o artykule Aleksandry Tchórzewskiej: Patologia w szkołach. "Rodzice załatwiają lewe opinie, by ułatwić egzaminy. Uczniowie się tym chwalą". Rodzice poszukują licznych sposobów na to, by ich dziecko miało przewagę w szkolnym środowisku. Może to być pismo stwierdzające dysleksję, skarga na nauczyciela, ale też np. usprawiedliwienia bez przyczyny.
W przypadku pasków jest oczywiście podobnie. W wymiarze jednostkowym struktura takiej strategii wygląda to mniej więcej tak: rodzic zauważa jakąś formę stresu i smutku u dziecka, więc motywuje go to do chęci zmiany systemu (środowiska). Pomijany w tym wszystkim jest aspekt strategii samego dziecka, które nie obiera postawy w kontekście wyzwania środowiskowego, np. naturalnego smutku związanego z brakiem spełnienia swoich (i środowiskowych) oczekiwań.
Ergo: dziecko nie musi zająć głosu, wytworzyć strategii radzenia sobie z problemem, nabyć kompetencji emocjonalnych, skonfrontować się z kryzysami zdrowej wagi. To wprost odwrotna logika do tej, która jest pożądana z perspektywy rozwojowej.
Odbieranie dziecku kryzysów jest po prostu szkodliwe
Nie jest trudno się domyślić, że skrajna strategia "helikopterowa" o której tu mówię jest skrajnie krótkowzroczna i krótkoterminowa. Bo choć taki "wszechmocny" rodzic może narzucić swój tok rozumowania (co zresztą często i gęsto robi) szkole, poradni zdrowia psychicznego, czy dyskursowi politycznemu, w praktyce nie generuje to żadnej wartości dla dziecka (poza doraźną).
Dziecko po okresie adolescencji znajdzie się w środowisku, gdzie to jego strategie będą mieć dominujący wpływ na sukces, kondycję psychiczną i dobrostan. W takim środowisku rodzic nie ma nic do powiedzenia (i bardzo dobrze), do głosu dochodzą za to deficyty rozwojowe związane z brakiem rozwiązywania naturalnych konfliktów. Mit rodzicielskiej wszechmocy szybko upada, gdy do głosu wkraczają faktyczne kompetencje, w tym też te emocjonalne.
No więc jak mogłoby to wyglądać, bez tworzenia takiego konfliktu na poziomie środowisko-strategia? Działania rodzica wciąż mogą silnie wspierać kontekst strategiczny, przykładowo poprzez koncentrację na strategii i umacnianiu sposobów radzenia sobie z trudną rzeczywistością, bez totalnego ingerowania w nią. Poprzez ustanowienie zdrowego systemu wartości – oczekuję, że będziesz się starać, nie oczekuję, że będziesz dawać od siebie 100 proc., jeśli działasz w systemie, który postrzegasz jako niesprawiedliwy. Poprzez budowanie wewnętrznego poczucia wartości, które jest mocniejsze od kolorowych pasków i innych sztucznie walidujących nagród pocieszenia.
Za autopercepcję dziecka (w zależności od etapu rozwojowego) w znacznej większości odpowiada właśnie rodzic. Jest też wzorcem dla strategii radzenia sobie i kompetencji emocjonalnych. System rodzinny ma w tym zakresie znacznie więcej kompetencji niż system szkolny. Jeśli zaś problemem jest system szkolny – "wspólny wróg" też może łączyć.
Oczywiście, nie ma tak łatwo (i być może zresztą stąd cała kompleksowość tego zagadnienia). Zdrowe wzorzenie, budowanie konstruktywnych strategii, słuchanie potrzeb dziecka i wspieranie jego emocjonalnych kompetencji nie jest zadaniem tak łatwym jak walka z systemem. Być może więc część rodziców stosując głośne apele leczy po prostu własne deficyty i braki kompetencji. Muszę przyznać, że ta strategia nie jest zła. Pytanie tylko, czy dziecko obserwujące ją (a często zaskakująco jej świadome) otrzymuje w tych realiach wzorzec godny podążenia za nim.
A co jeśli ta wizja nie działa? Co jeśli wina jest jawna?
Jest jedna wyraźna instancja, w której schemat środowisko-strategia przestaje działać, a schemat strategia-środowisko dochodzi do głosu znacznie silniej. Jeśli smutek jest chroniczny, stres jest paraliżujący, nie ma w nim nic konstruktywnego, sytuacja nie prowadzi do rozwoju, a pasek jest kwestią być albo nie być, wtedy definitywnie mamy problem. "Mamy". Nie dziecko "ma". Co wtedy?
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
W opisanej sytuacji jest to problem, który faktycznie wykracza poza rozwojowe kompetencje dziecka i zdrowy wpływ środowiska. Chroniczny smutek i stres świadczy o tym, że już teraz jesteśmy w sytuacji, gdzie porażkę odniósł jeden z dwóch systemów – szkolny lub rodzinny.
Szkolny mógł przykładowo stworzyć nadmierną presję, wadliwy system motywacyjny, koleżeński wyścig szczurów. Rodzinny mógł zwyczajnie nie trafić w temperament, percepcyjną dojrzałość i wrażliwość dziecka i często nieświadomie narzucić mu wymagania, które są osiągalne zbyt wysokim kosztem emocjonalnym.
Taka sytuacja jest alarmująca i wymaga konkretnej, jednostkowej i dostosowanej pomocy. Wracamy więc trochę do punktu wyjścia, ale w nieco innym ujęciu. Wtedy do schematu powinien wkroczyć dedykowany specjalista, który będzie działać właśnie w kierunku umocnienia konkretnych pozytywnych wzorców radzenia sobie.
Gra więc toczy się o kwestie znacznie ważniejsze niż tylko czerwone paski, wielokolorowe paski i dziwne edukacyjne wymysły pruskiego systemu edukacji. A sama kwestia "wielokolorowości" też jest warta poruszenia, bo to kolejny przykład chęci dostosowania środowiska do strategii. "Czarowanie rzeczywistości" nie jest w stanie zasklepić różnic jednostkowych, które występują u dzieci i dalej pozostawia dziwny system zewnętrznej walidacji. Wielokolorowe paski stanowią zaledwie lukier na problemy systemu. A z tymi słodyczami to wiadomo – lepiej nie przesadzać.






