
Od miesięcy polska branża turystyczna nie była tak gorąco podgrzewana, jak przez ok. miesiąc od otwarcia Hotelu Gołębiewskiego w Pobierowie. Oceny w Google lecą na łeb, na szyję, Książulo płacze, bo jest za gorąco. A ludzie? I tak przyjadą, bo to dla nich urlop idealny.
Końca lamentów dotyczących Hotelu Gołębiewskiego w Pobierowie nie widać. Zaczęło się od wygórowanych cen, potem przyszły pierwsze opinie od turystów, które także były mieszane. Oliwy do ognia dolał jeszcze Książulo, który w swojej recenzji jasno skrytykował cały obiekt. A Polacy i tak będą Polakami i na pewno pojadą tam na urlop. I już tłumaczę wam dlaczego.
Polacy chcą Hotelu Gołębiewskiego w Pobierowie. To właśnie jego rozmiar przyciąga
Kocham czytać kolejne komentarze z lamentami na rozmach inwestycji w Pobierowie. Hotel Gołębiewski w Pobierowie to olbrzym – 13 kondygnacji, 1200 pokoi i aż 180 tys. metrów kwadratowych powierzchni. I właśnie to jeszcze do niedawna było największym zarzutem do tego obiektu.
"O matko, co za moloch", "Wygląda jak statek zacumowany na plaży", "Co za potwór" – to tylko kilka najczęściej powtarzanych haseł. Tylko że wiecie co, znaczna część naszych turystów nadal jest na etapie, w którym to właśnie wypoczynek w tak wielkim obiekcie jest dla nich synonimem luksusu. Skąd to wiem? Bo widzę, co turyści rezerwują w biurach podróży.
Polak jest tym rodzajem turysty, który stawia na wygodę. Stąd wakacje z biurem podróży i oczywiście z ofertą all inclusive. Dla wielu osób to idealna opcja wypoczynku i absolutnie jej nie neguję, bo sama czasami jeżdżę na takie wakacje. A najlepiej sprzedające się kierunki to niezmiennie Turcja i Egipt.
I teraz zajrzyjcie w oferty biur podróży. Przecież praktycznie żaden z obiektów, które pojawiają się w folderach i na stronach, nie jest przytulnym hotelikiem butikowym z kilkoma lub kilkunastoma pokoikami. To ogromne molochy, które mają po trzy lub cztery baseny, setki pokoi, jedną lub dwie restauracje główne i kilka á la carte. No i oczywiście bary. Jeden to za mało – przecież nikt nie będzie z leżaka na plaży biegał po sfermentowane soczki z palemką do budynku. Dwa lub trzy bary to absolutne minimum.
Zastaw się, a postaw się. Niech sąsiadowi oko zbieleje, że stać mnie na Hotel Gołębiewski w Pobierowie
Po latach PRL-u w nas, Polakach, tych z mniejszych miast, ale i z metropolii, zostało takie sąsiedzkie zacietrzewienie. Patrzysz na sąsiada – niby znacie się od 20–30 lat, może nawet lubicie, ale z drugiej strony warto czasem zaszpanować jakąś bujną rabatą, żeby pozazdrościł. Dokładnie tak samo działa to w przypadku wakacji.
Na Egipt czy Turcję stać dziś nawet pracownika fizycznego zarabiającego najniższą krajową albo nieco więcej. Więc i splendor takich wczasów nieco przygasł. Za to cała Polska ubolewała, kiedy Hotel Gołębiewski w Pobierowie ogłaszał, że za dobę trzeba będzie zapłacić ok. 1300 zł. I jaki to jest szpan na dzielni, kiedy wracacie z urlopu nad Bałtykiem i mówicie, że byliście właśnie w tym hotelu. Różnica między molochem w egzotycznym kraju a tym polskim jest taka, że w Polsce trzeba za to więcej zapłacić. Więc dla tych, którym zależy na takim urlopie, to jakby splendorowy krok w przód.
Ja wiem, że to brzmi śmiesznie, ale to naprawdę nadal tak działa. Ta chęć pokazania się była w nas na długo przed pojawieniem się mediów społecznościowych. Najpierw Facebook, a później Instagram tylko podbiły w nas chęć pokazania się i pochwalenia, jakie to mamy cudowne wakacje. I ten nasz wewnętrzny narcyzm tylko narasta. Widać go w publikacjach w mediach społecznościowych, ale i w akcjach typu popłynę pontonem po stawie w Tatrach, bo w sumie to kto mi zabroni?
Zobacz także
Wakacje inaczej. Malta rezygnuje z molochów, Portugalia ma cudowne małe hotele
Ale czy da się w ogóle inaczej? Cóż, komentarze wszystkich Polaków oburzonych rozmachem inwestycji w Pobierowie dają nadzieję i pokazują, że w tym narodzie jeszcze nie wszystko stracone. Część z nas zaczyna rozumieć, że masowość to nic fajnego i zaczyna szukać oryginalności i wyjątkowości nie tylko w codziennym życiu, ale i podczas wakacji.
Zaczynają dostrzegać to także kolejne kierunki turystyczne. Niedawno byłam po raz szósty w Portugalii. Tym razem zwiedzałam jej centralną część. I niezmiennie twierdzę, że to właśnie ten kraj jest wzorem, jeśli chodzi o tworzenie klimatycznych, przytulnych i niewielkich hoteli zwanych hotelami butikowymi. Wystroje surferskie i wyspiarskie były tam powszechne i fantastycznie wpisywały się w otoczenie i realia życia w danym regionie.
Podobną drogą chce pójść bardzo bliska sercom Polaków Malta. W maju przyjęto tam rozwiązania, dzięki którym np. nowo budowane hotele nie będą mogły mieć więcej niż 200 pokoi. Molochy rodem z Pobierowa już tam nie wyrosną. Władze Malty oficjalnie wprowadziły także nowe kategorie obiektów. Obok przytulnych i klimatycznych hoteli butikowych będą to również obiekty klasy premium, a także hotele "diffuso". To noclegi z jedną recepcją, ale z pokojami w kilku sąsiednich budynkach. Kraj postawi także na rozwój hoteli w zabytkowych budynkach.
Więc jak widać, istnieje alternatywa dla wielkich hoteli. Tylko że o tym, gdzie spędzimy urlop, często nie decydują wyłącznie nasze gusta, ale i portfele. Polacy są na razie na etapie, w którym i portfele, i gusta pchają ich do wielkich molochów. Ale to minie, albo i nie. Niezależnie którą drogą podążą nasi podróżni, najważniejsze jest, żeby podczas wakacji nie ograniczyli się wyłącznie do zwiedzania hotelu. Kluczem jest doświadczanie miejsca, które się odwiedza.






