Dolomity Włochy
Dolomity toną w tłumach Fot. Shutterstock

Urokliwe krajobrazy, które dobrze prezentują się na zdjęciach, często stają się przekleństwem lokalnych mieszkańców. Znany włoski region podjął kroki w walce z tzw. turystami z Instagrama.

REKLAMA

Dolomity od lat przyciągają miłośników sportu, jednak w ostatnim czasie prawdziwą plagą tego miejsca stali się influencerzy, którzy jadą na wakacje, by zrobić idealne zdjęcia na Instagrama. Nie byłoby to zjawisko problematyczne, gdyby nie fakt, że wielu turystów rusza w góry zupełnie bez przygotowania. Efekt to szlaki zasypane śmieciami, regularne niszczenie przyrody i obozowiska rozbijane w niedozwolonych miejscach.

Tylko w ubiegłym roku jeden region Dolomitów, Belluneser, odwiedziło ponad 1,1 mln gości, co oznacza wzrost o 11 proc. w stosunku do lat ubiegłych. Dla obszaru, w którym na co dzień mieszka niewielu stałych mieszkańców, taki napływ ludzi jest nie do udźwignięcia.

5 euro za wstęp na szlak. Mieszkańcy Dolomitów biorą sprawy w swoje ręce

W ostatnim czasie frustracja mieszkańców Południowego Tyrolu sięgnęła zenitu. Jak podaje "The Independent", do mediów trafiła historia rolnika z miejscowości Val Gardena, którego ziemia była deptana przez tłumy chcące sfotografować słynne szczyty gór. Mężczyzna stracił w końcu cierpliwość i zamontował na ścieżce przebiegającej przez jego pole bramkę. Teraz każdy, kto chce przejść przez jego teren, musi zapłacić 5 euro.

Według lokalnych źródeł opłata przy bramce nie jest formalnie obowiązkowa. To inicjatywa prywatna. Istnieje też alternatywna, nieco dłuższa, ale bezpłatna – ścieżka prowadząca do tego samego punktu widokowego.

Jak podaje "Blick", z problemem nadmiaru turystów mierzy się też Szwajcaria. W gminie Obergoms w Alpach Szwajcarskich utworzono nawet specjalne stanowisko dla tzw. Alpenrangera. To strażnik, który patroluje teren i namierza osoby biwakujące na dziko lub parkujące kampery poza wyznaczonymi strefami. Jego zadaniem jest edukowanie turystów i pilnowanie przestrzegania zasad.

Europa ma dość. Trzy kraje szczególnie nie chcą już turystów

Przypadek Dolomitów to zaledwie wierzchołek góry lodowej, bo problem nadmiernej turystyki paraliżuje całą Europę Południową. Oznacza on nie tylko zatłoczone ulice, lecz również kryzys mieszkaniowy i wzrost kosztów życia dla rodowitych mieszkańców. Najnowszy ranking platformy JB wskazuje kraje, w których opór wobec przyjezdnych jest najsilniejszy. Co ciekawe, na liście królują ukochane wakacyjne kierunki Polaków.

Hiszpania to z pewnością lider antyturystycznych nastrojów. W ostatnich latach przez kilkadziesiąt tamtejszych miast przetoczyła się fala protestów. W Barcelonie czy na Wyspach Kanaryjskich mieszkańcy wychodzili nawet na ulice, "atakując" gości wodą z plastikowych pistoletów.

Poza wspomnianymi Dolomitami, pod naporem tłumów we Włoszech uginają się Rzym, Florencja, Mediolan i Neapol. Przykładem walki z masową turystyką stała się Wenecja, która wprowadziła płatne bilety wstępu dla jednodniowych gości w najbardziej oblegane weekendy w sezonie.

Z kolei podium zestawienia zamyka Francja. Sprzeciw najmocniej czuć w Paryżu, na Lazurowym Wybrzeżu i w Marsylii. Francuzi walczą tam głównie ze statkami wycieczkowymi, które zanieczyszczają środowisko.

Podczas gdy zachód i południe kontynentu wprowadzają restrykcje, na mapie wciąż pozostają miejsca przyjmujące gości z otwartymi ramionami. Kraje najbardziej przyjazne turystom to m.in. Albania oraz Cypr. Polska znajduje się gdzieś pomiędzy zatłoczonymi krajami, a tymi, które otwarcie witają podróżnych. Z jednej strony nadal trudno u nas mówić o masowości, ale z drugiej Kraków chciałby wprowadzić dla nich dodatkową opłatę.