
Dorsz, który okazuje się mintajem, "jagody", w których nie ma... DNA jagód, gofry reklamowane jako świeże, choć minutę wcześniej zostały wyjęte z zamrażarki – taki obraz wakacyjnej gastronomi tworzy się w mojej głowie wobec danych zaprezentowanych przez IJHARS. Skala wykrytych nieprawidłowości każe zadać sobie pytanie: czy w sezonowych kurortach da się w ogóle jeść bez żadnych obaw?
Stan polskiej gastronomii wczasowej jest tragiczny. Tak interpretuję informacje podawane przez Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, która regularnie wysyła kontrolerów do polskich punktów gastronomicznych. Do dziś opracowane zostały trzy raporty, które ukazują naprawdę imponującą skalę naruszeń.
Wygląda na to, że w każdym sektorze gastronomii można spodziewać się błędów, a w niektórych z nich w pełni uczciwego sprzedawcy ze świecą szukać. Zacznijmy od najbardziej zabawnego przypadku – znanego od wielu lat fałszowania ryb.
Nie mamy Pana ryby i co nam Pan zrobi?
Jak wynika z kontroli IJHARS z początku lipca, polskie smażalnie kłamią jak z nut. Konsumenci w wielu przypadkach nie dostają rzetelnej informacji na temat tego, jaki gatunek wodnego stwora jest im właśnie serwowany.
Przy 50 skontrolowanych lokalach nieprawidłowości ujawniono w 38 z nich (co stanowi aż 76 proc.!). W aż 8 przypadkach doszło do podmiany asortymentowej, czyli sytuacji, w której sprzedawana była zupełnie inna (tańsza) ryba zamiast tej deklarowanej w menu.
Fałszerze dorszy, soli i morszczuków mają się świetnie. Na jednego z nich niedawno natrafił faktyczny kulinarny ekspert – Tomasz Strzelczyk, autor kanału Oddaszfartucha na YouTube. Na nagraniu widzimy, jak sprzedawca usilnie przekonuje znanego kucharza, że zaserwowane mu danie jest dorszem, a nie czerniakiem.
Wracając jednak do kontroli IJHARS, w aż 67 proc. (!) przypadków towar był błędnie oznakowany, brakowało wykazów składników i alergenów, pomijane były składy składników złożonych (np. mieszanek przypraw), a w menu widniały skrócone nazwy ryb zamiast nazw handlowych.
Do grzechów rybnego gastro należy dodać także nieprawidłowości w deklarowanej masie netto.
"Gofry, rurki i inne ciastka" – prawda wychodzi pod mikroskopem
W przypadku kontroli IJHARS dotyczącej popularnych kurortowych słodkości nieprawidłowości ujawniono w 53 proc. z 73 lokali gastronomicznych. 9 partii produktów (22 proc. ze sprawdzonych 41) zostało zakwestionowanych z powodu niewłaściwej zawartości tłuszczu i cukrów w stosunku do deklaracji wartości odżywczej, obecności tłuszczu roślinnego w bitej śmietanie i... to mój faworyt – "braku obecności DNA czarnej jagody w nadzieniu drożdżówek deklarowanych jako z jagodami".
Wadliwe znakowanie wykazano za to w przypadku 78 partii ze 175 partii produktów (44 proc.). Budki ze słodyczami dopuszczają się grzechów pokroju:
- stosowania niezrozumiałych dla klienta skrótowców w nazwie produktu,
- brak określenia "rozmrożone" w gofrach, które są odgrzewanymi gotowcami z hurtowni,
- nazywaniu "czekoladowymi" wyrobów bez czekolady,
- "podrabianie" masła – wskazywanie w składnikach "masło", gdzie w rzeczywistości był to "bezwodny tłuszcz mleczny",
- dodawanie "skórki cytrynowej" zamiast "skórki pomarańczowej".
Ja osobiście do grzechów nie kwalifikuję (choć IJHARS to oczywiście kwestionuje) używanie nazw zarezerwowanych dla produktów mlecznych w odniesieniu do składników pochodzenia roślinnego. Pod lupą znajdują się tak wywrotowe określenia jak "mleko sojowe", "masło orzechowe", czy "śmietanka wegańska". Na ich widok mleczne lobby aż drży w posadach! Ale dość o wyrobach gofropodobnych. IJHARS przyjrzał się również
"Epoka lodowcowa" – ochłoda to też zły pomysł
Kontrole IJHARS w budkach z lodami w kurortach wskazują na prawdziwą ściemę na patyku. W 60 proc. przypadków kontroli wykazano wadliwe oznaczenia. Czego dotyczą naruszenia?
- Braku udostępniania składu lodów i informacji na temat ich producenta,
- podawania błędnego składu lodów,
- stosowania mylnych i fantazyjnych nazw, które nic nie znaczą,
- określania lodów "tradycyjnymi", "naturalnymi" i... "rzemieślniczymi" bez żadnych podstaw.
Być może natura tych naruszeń nie jest porażająca. Ale skala wciąż jest. Ponownie, ponad połowa punktów gastronomicznych oblała egzamin z przyzwoitości.
To jest lekka paranoja – biznes sezonowy żeruje na Polakach
Choć faktycznie najpoważniejsze zastrzeżenia z tych kontroli powinny być kierowane wobec smażalni, z kontroli IJHARS wynika, że naruszenia ze strony lokali gastronomicznych są czymś kompletnie powszechnym, występują w różnych rodzajach działalności, a w niektórych przypadkach są po prostu groźne dla zdrowia konsumenta. Lokale nie udostępniają w wyraźnych miejscach informacji o alergenach, zakłamują wartości kaloryczne, pomijają składniki w wykazach i podmieniają produkty z menu na tańsze odpowiedniki.
W wielu przypadkach są to przewinienia o naprawdę niewielkim znaczeniu. To, co konsumentowi powinno zapalać czerwoną lampkę, to skala – szansa na to, że będziemy stołować się w lokalu, który nie dotrzymuje swoich obowiązków w tak prostej kwestii jak prawidłowe oznaczenie towaru, jest bardzo wysoka. Jeśli dane IJHARS obrazowałyby sytuację w całym kraju (nie robią tego – kontrole są zbyt mało liczne), mowa byłaby o większej liczbie naruszeń, niż prawidłowości.
A jeśli tak dużym problemem jest samo oznaczenie, skąd (jako konsumenci) mamy wiedzieć, że do naruszeń nie dochodzi w znacznie poważniejszych kwestiach, jak np. zachowania odpowiednich zasad higieny, dopilnowania świeżości składników czy kupowania ich ze sprawdzonych źródeł? Ale tu wchodzimy na grunt zaufania, a kontrolowane lokale w wielu przypadkach w ogóle nie muszą o nie zabiegać.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Prawda jest taka, że sezonowe budki często mogą całkowicie zignorować kwestię opinii w internecie, a negatywne doświadczenia z nimi niekoniecznie mają przełożenie na spadek ruchu – ciągle trafiają do nich fale kolejnych (wygłodniałych) wczasowiczów, rotujących każdego tygodnia. Jakość się nie opłaca, a budowanie lojalności konsumenta ma drugorzędne znaczenie – najważniejsza jest obecność z "jako takim" produktem w popularnej miejscówce, a reszta jakoś się ułoży.
Wniosek jest jeden – nie jeść. Szkoda zdrowia i szkoda zębów. Szkoda też tych lokali, które faktycznie dbają o swoją jakość, bo takie oczywiście również są. Ale koledzy z okienka obok bardzo często mają znacznie bardziej "luźny" stosunek do swojej działalności i traci na tym cała branża.
Skończy się tak, że zaraz rozpychające się (również w kurortach) franczyzy, choć im też można naprawdę wiele zarzucić, "wygryzą" lokalną konkurencję, bo konsumenci zorientują się, że na innej gastronomii nie ma co polegać.






