ryba smażona z ziemniakami
Kontrole w kurortach ujawniają skalę problemów polskiej gastronomii. Fot. Unsplash.com / Kioto Estudio

Dorsz, który okazuje się mintajem, "jagody", w których nie ma... DNA jagód, gofry reklamowane jako świeże, choć minutę wcześniej zostały wyjęte z zamrażarki – taki obraz wakacyjnej gastronomi tworzy się w mojej głowie wobec danych zaprezentowanych przez IJHARS. Skala wykrytych nieprawidłowości każe zadać sobie pytanie: czy w sezonowych kurortach da się w ogóle jeść bez żadnych obaw?

REKLAMA

Stan polskiej gastronomii wczasowej jest tragiczny. Tak interpretuję informacje podawane przez Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, która regularnie wysyła kontrolerów do polskich punktów gastronomicznych. Do dziś opracowane zostały trzy raporty, które ukazują naprawdę imponującą skalę naruszeń.

Wygląda na to, że w każdym sektorze gastronomii można spodziewać się błędów, a w niektórych z nich w pełni uczciwego sprzedawcy ze świecą szukać. Zacznijmy od najbardziej zabawnego przypadku – znanego od wielu lat fałszowania ryb.

Nie mamy Pana ryby i co nam Pan zrobi?

Jak wynika z kontroli IJHARS z początku lipca, polskie smażalnie kłamią jak z nut. Konsumenci w wielu przypadkach nie dostają rzetelnej informacji na temat tego, jaki gatunek wodnego stwora jest im właśnie serwowany.

Przy 50 skontrolowanych lokalach nieprawidłowości ujawniono w 38 z nich (co stanowi aż 76 proc.!). W aż 8 przypadkach doszło do podmiany asortymentowej, czyli sytuacji, w której sprzedawana była zupełnie inna (tańsza) ryba zamiast tej deklarowanej w menu.

Fałszerze dorszy, soli i morszczuków mają się świetnie. Na jednego z nich niedawno natrafił faktyczny kulinarny ekspert – Tomasz Strzelczyk, autor kanału Oddaszfartucha na YouTube. Na nagraniu widzimy, jak sprzedawca usilnie przekonuje znanego kucharza, że zaserwowane mu danie jest dorszem, a nie czerniakiem.

Wracając jednak do kontroli IJHARS, w aż 67 proc. (!) przypadków towar był błędnie oznakowany, brakowało wykazów składników i alergenów, pomijane były składy składników złożonych (np. mieszanek przypraw), a w menu widniały skrócone nazwy ryb zamiast nazw handlowych.

Do grzechów rybnego gastro należy dodać także nieprawidłowości w deklarowanej masie netto.

"Gofry, rurki i inne ciastka" – prawda wychodzi pod mikroskopem

W przypadku kontroli IJHARS dotyczącej popularnych kurortowych słodkości nieprawidłowości ujawniono w 53 proc. z 73 lokali gastronomicznych. 9 partii produktów (22 proc. ze sprawdzonych 41) zostało zakwestionowanych z powodu niewłaściwej zawartości tłuszczu i cukrów w stosunku do deklaracji wartości odżywczej, obecności tłuszczu roślinnego w bitej śmietanie i... to mój faworyt – "braku obecności DNA czarnej jagody w nadzieniu drożdżówek deklarowanych jako z jagodami".

Wadliwe znakowanie wykazano za to w przypadku 78 partii ze 175 partii produktów (44 proc.). Budki ze słodyczami dopuszczają się grzechów pokroju:

  1. stosowania niezrozumiałych dla klienta skrótowców w nazwie produktu,
  2. brak określenia "rozmrożone" w gofrach, które są odgrzewanymi gotowcami z hurtowni,
  3. nazywaniu "czekoladowymi" wyrobów bez czekolady,
  4. "podrabianie" masła – wskazywanie w składnikach "masło", gdzie w rzeczywistości był to "bezwodny tłuszcz mleczny",
  5. dodawanie "skórki cytrynowej" zamiast "skórki pomarańczowej".

Ja osobiście do grzechów nie kwalifikuję (choć IJHARS to oczywiście kwestionuje) używanie nazw zarezerwowanych dla produktów mlecznych w odniesieniu do składników pochodzenia roślinnego. Pod lupą znajdują się tak wywrotowe określenia jak "mleko sojowe", "masło orzechowe", czy "śmietanka wegańska". Na ich widok mleczne lobby aż drży w posadach! Ale dość o wyrobach gofropodobnych. IJHARS przyjrzał się również

"Epoka lodowcowa" – ochłoda to też zły pomysł

Kontrole IJHARS w budkach z lodami w kurortach wskazują na prawdziwą ściemę na patyku. W 60 proc. przypadków kontroli wykazano wadliwe oznaczenia. Czego dotyczą naruszenia?

  1. Braku udostępniania składu lodów i informacji na temat ich producenta,
  2. podawania błędnego składu lodów,
  3. stosowania mylnych i fantazyjnych nazw, które nic nie znaczą,
  4. określania lodów "tradycyjnymi", "naturalnymi" i... "rzemieślniczymi" bez żadnych podstaw.

Być może natura tych naruszeń nie jest porażająca. Ale skala wciąż jest. Ponownie, ponad połowa punktów gastronomicznych oblała egzamin z przyzwoitości.

To jest lekka paranoja – biznes sezonowy żeruje na Polakach

Choć faktycznie najpoważniejsze zastrzeżenia z tych kontroli powinny być kierowane wobec smażalni, z kontroli IJHARS wynika, że naruszenia ze strony lokali gastronomicznych są czymś kompletnie powszechnym, występują w różnych rodzajach działalności, a w niektórych przypadkach są po prostu groźne dla zdrowia konsumenta. Lokale nie udostępniają w wyraźnych miejscach informacji o alergenach, zakłamują wartości kaloryczne, pomijają składniki w wykazach i podmieniają produkty z menu na tańsze odpowiedniki.

W wielu przypadkach są to przewinienia o naprawdę niewielkim znaczeniu. To, co konsumentowi powinno zapalać czerwoną lampkę, to skala – szansa na to, że będziemy stołować się w lokalu, który nie dotrzymuje swoich obowiązków w tak prostej kwestii jak prawidłowe oznaczenie towaru, jest bardzo wysoka. Jeśli dane IJHARS obrazowałyby sytuację w całym kraju (nie robią tego – kontrole są zbyt mało liczne), mowa byłaby o większej liczbie naruszeń, niż prawidłowości.

A jeśli tak dużym problemem jest samo oznaczenie, skąd (jako konsumenci) mamy wiedzieć, że do naruszeń nie dochodzi w znacznie poważniejszych kwestiach, jak np. zachowania odpowiednich zasad higieny, dopilnowania świeżości składników czy kupowania ich ze sprawdzonych źródeł? Ale tu wchodzimy na grunt zaufania, a kontrolowane lokale w wielu przypadkach w ogóle nie muszą o nie zabiegać.

Dalsza część artykułu poniżej.

Prawda jest taka, że sezonowe budki często mogą całkowicie zignorować kwestię opinii w internecie, a negatywne doświadczenia z nimi niekoniecznie mają przełożenie na spadek ruchu – ciągle trafiają do nich fale kolejnych (wygłodniałych) wczasowiczów, rotujących każdego tygodnia. Jakość się nie opłaca, a budowanie lojalności konsumenta ma drugorzędne znaczenie – najważniejsza jest obecność z "jako takim" produktem w popularnej miejscówce, a reszta jakoś się ułoży.

Wniosek jest jeden – nie jeść. Szkoda zdrowia i szkoda zębów. Szkoda też tych lokali, które faktycznie dbają o swoją jakość, bo takie oczywiście również są. Ale koledzy z okienka obok bardzo często mają znacznie bardziej "luźny" stosunek do swojej działalności i traci na tym cała branża.

Skończy się tak, że zaraz rozpychające się (również w kurortach) franczyzy, choć im też można naprawdę wiele zarzucić, "wygryzą" lokalną konkurencję, bo konsumenci zorientują się, że na innej gastronomii nie ma co polegać.