
Incydent na Lubelszczyźnie postawił Polskę na równe nogi. Politycy, wojskowi i komentatorzy prześcigają się w ocenach sytuacji, a zwykli mieszkańcy, których w nocy obudziły syreny, chcieliby wiedzieć jedno: – Zapytałbym rządzących, po co w ogóle był ten alarm. Czemu on miał służyć? Przecież on zupełnie nie miał sensu – mówi nam mieszkaniec Krasnegostawu, którego również syreny wyrwały ze snu. Tak ludzie tu punktują działania rządu i służb w reakcji na rosyjską rakietę.
W Krasnymstawie, podobnie jak w wielu powiatach województwa lubelskiego, w czwartek nad ranem zawyły syreny. Informację na FB przekazał burmistrz miasta.
"Apeluję o zachowanie spokoju i stosowanie się do komunikatów służb. Takie sytuacje pokazują, jak ważne jest sprawne funkcjonowanie systemów ostrzegania oraz gotowość do szybkiego przekazywania informacji" – wzywał Daniel Miciuła.
Pod jego postem są dziesiątki reakcji. "Do czego miałyby zmobilizować mieszkańców miasta te alarmy?", "A jaki sens ma włączanie tych alarmów, gdy tylko myśliwce są podrywane?", "Co komu po tych syrenach, jak nie ma się gdzie ukryć i nie zadziałał żaden system ochrony powietrznej, który by taki pocisk zestrzelił?" – pytają burmistrza mieszkańcy.
Wielu ludzi w różnych regionach Lubelszczyzny od rana zadawało sobie podobne pytania. – Zapytałbym rządzących, po co w ogóle był ten alarm. Po co go ogłosili? Czemu on miał służyć? Przecież on zupełnie nie miał sensu. W przypadku braku dalszego zagrożenia taki alarm jest zupełnie bezsensowny – mówi nam mieszkaniec Krasnegostawu, którego również syreny wyrwały ze snu.
I wylicza dalej: – Chciałbym ich zapytać: kto o tym zdecydował? Jaki był cel tego alarmu? Bo to wszystko pokazało nieprzygotowanie nas wszystkich do sytuacji zagrożenia.
"Mieszkańcy mają przygotować plecak i co dalej? Dokąd iść?"
Media społecznościowe uginają się od relacji mieszkańców z różnych miejscowości Lubelszczyzny, którzy usłyszeli syreny alarmowe i nie wiedzieli, co się dzieje. Nie dostali żadnych alertów RCB, w internecie na ten temat nie było żadnych informacji.
Pod postem burmistrza Krasnegostawu starsza kobieta pisze:
"Jestem emerytką chorą na serce, przed godziną 4 obudził mnie alarm, ciągły, bardzo głośny, w mojej okolicy. Mało nie dostałam zawału. Zaczęłam szukać w telefonie jakiejś wiadomości, nic nie znalazłam. Po jakimś czasie zawyło znowu, tym razem sygnał był ciągły. Do rana nie mogłam usnąć. Żadnego alertu ostrzegającego, ani żadnej wiadomości. Zgroza, gdzie są służby, które powinny poinformować ludzi o zaistniałej sytuacji? Brak jakichkolwiek informacji, jedynie wycie syren".
Nasz rozmówca: – Obudziłem się w środku nocy i pomyślałem, że coś się dzieje. Próbowałem sprawdzić w internecie, ale nie było żadnych informacji. Czekałem, co dalej. Dowiedziałem się dopiero rano. Myślę, że większość mieszkańców sięgnęła po telefon. A tam nie było nic.
Zamiast tego jest wrażenie chaosu komunikacyjnego i informacyjnego.
– Zaczęli do nas dzwonić znajomi i rodzina z całej Polski, a nawet z zagranicy, żeby zapytać, co się dzieje – opowiada z kolei mieszkaniec Biłogaraja, choć tam alarmu nie było słychać. Jednak miasto znajduje się ok. 30 km od miejsca, gdzie zabezpieczono 10-metrowy lej po rakiecie. To wystarczyło.
Według naszego rozmówcy z Krasnegostawu ludzie jednak raczej się nie przestraszyli. Bardziej byli wściekli, że coś ich obudziło i nie wiedzieli dlaczego. I tu znowu wraca pytanie, po co to było.
– W takich niedużych miasteczkach nie ma ani żadnych schronów, ani żadnych miejsc, gdzie można się schować. Jest problem z opracowaniem logicznego systemu ochrony ludności. Tu należałoby zadać kolejne pytanie: co mieszkańcy naprawdę mają robić w sytuacji zagrożenia? Mają przygotować plecak i co dalej? Dokąd iść? W małych miastach garaży podziemnych nie ma. Trzeba zostać w domu – zauważa.
Słyszał, że w Lublinie są wskazówki, by udać się do najbliższej galerii handlowej. – Ale o 4 rano wszystkie galerie są pozamykane. Pojawiają się więc pytania: dlaczego to wszystko i jaki ten alarm miał sens – dodaje.
Dalsza część artykułu poniżej
Zobacz także
"To niepoważne traktowanie mieszkańców i całej sytuacji"
Przypomnijmy. O godzinie 3:40 w naszą przestrzeń powietrzną wleciał nieznany obiekt. Poruszał się w kierunku zachodnim, a po zaledwie sześciu minutach całkowicie zniknął z wojskowych radarów. "O godz. 3.46, przed dokonaniem jednoznacznej identyfikacji, obiekt zanikł ze wskazań systemów radiolokacyjnych" – przekazało rano w komunikacie Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych.
W rejon ten wysłano wojskowy śmigłowiec Mi-24. Załoga szybko zlokalizowała obszar zdarzenia na niezabudowanym terenie niedaleko miejscowości Tarnawa-Kolonia. Na miejscu był ogromny, 10-metrowy krater. Strona ukraińska przekazała, że w naszą przestrzeń powietrzną wleciał pocisk manewrujący Ch-101 z Rosji.
– Byliśmy gotowi do zestrzelania tej rakiety – powiedział Donald Tusk na odprawie służb w Lublinie.
Mieszkańcy usłyszeli alarm ok. godz. 3:50. Został odwołany ok. 4:01.
– Przecież ta rakieta już spadła, wybuchła i oni dopiero ogłaszają alarm? Przecież mówili, że śledzili ten obiekt i że można było go zestrzelić. Służby wiedziały więc chyba, że kolejnych rakiet nie ma? Po co więc ten alarm? Tylko po to, żeby nikt im potem nie zarzucił, że rządzący i służby nic nie zrobili? Żeby było, że zadziałali sprawnie? To niepoważne traktowanie mieszkańców i całej sytuacji. Nie do końca przemyślane procedury związane z alarmem – punktuje mieszkaniec Krasnegostawu.
Opozycja wykorzystuje sytuację. Tusk zapowiada pilną zmianę procedur
Na rządzących spada lawina krytyki. Ostro do sprawy podeszło wielu wojskowych. – Nic tak nie podważa zaufania do państwa, jak brak informacji – ostrzega w rozmowie Pawłem Orlikowskim gen. Roman Polko, były dowódca GROM. Takie działania nazwał "traktowaniem ludzi jak idiotów".
Sytuację wykorzystuje opozycja. I również stawia pytania.
"Dziś w nocy niezidentyfikowany obiekt został wykryty w polskiej przestrzeni powietrznej o 3:40, uderzył w ziemię o 3:46. Syreny zawyły o 3:50. Co mieli zrobić ludzie po ich usłyszeniu? Włączyć telewizor i radio i czekać na komunikat. Pierwszy oficjalny komunikat był o 7:14" – zareagował Sławomir Mentzen.
"Domagamy się informacji od rządu – dlaczego nie użyto systemów obrony przeciwlotniczej!" – grzmi Mariusz Błaszczak.
Wiadomo już jednak, że po wydarzeniach na Lubelszczyźnie premier Donald Tusk zapowiedział pilną zmianę procedur. – Musimy wprowadzić bezwzględnie zasadę, że po odwołaniu zagrożenia trzeba wysłać SMS-y do ludzi uspokajające – zadeklarował.
Przekazał, że rakieta manewrująca Ch-101, która naruszyła polską przestrzeń powietrzną, była uzbrojona. I że "z dużym prawdopodobieństwem" była rosyjska.





