
Z perspektywy konsumenta coraz trudniej znaleźć powód, by specjalnie wybrać Dealza zamiast najbliższej Biedronki, Lidla czy Żabki. Koncepcja sklepu wyraźnie nie przetrwała próby czasu, a nowości w ofercie nie wskazują na to, by sieć miała pomysł, jak odzyskać dawną atrakcyjność.
Zauważyłem ostatnio, że praktycznie przestałem chodzić do sklepów z szyldem Dealz. Zacząłem się nad tym zastanawiać, bo nie tak dawno temu decyzję o sprzedaży sieci podjęła Grupa Pepco (warto dodać – za symboliczną złotówkę!), by skupić się na swoim flagowym formacie. Wydaje mi się, że koncepcja Dealza się nieco wypaliła, a łączę to z przemianą, przez jaką polski rynek FMCG przeszedł w ostatnich latach.
To nie jest oczywiście analiza ekonomiczna, a jedynie konsumencka perspektywa, w której jest trochę rozczarowania, bo "koncept" tego sklepu wydaje się na pierwszy rzut oka dość ciekawy i przez wiele lat faktycznie się sprawdzał.
Co fajnego było w Dealz i dlaczego ta "fajność" się wypaliła?
Zacznijmy od korzeni. Dealz od zawsze miał znakomitą ofertę produktów z zagranicy. Często w znacznie niższej cenie niż konkurencyjne sklepy. Żeby nie szukać daleko, kiedy sklep postanowił wprowadzić na półki koreańską markę Pink Rocket, częstotliwość moich odwiedzin w ich przybytku zdecydowanie wzrosła. Podobnie bywało w przypadku "gorących" (dosłownie i w przenośni) premier nowych smaków dań gotowych Buldak, które moim subiektywnym zdaniem stanowią świetną bazę do kuchennych eksperymentów.
Teraz ten segment został przejęty przede wszystkim przez Żabkę, ale daleko w tyle nie pozostają także dyskonty. Produkty z zagranicy regularnie trafiają chociażby do Biedronki czy Lidla, a w Carrefourze czy Auchanie były od lat.
W Dealzie wciąż jest więcej unikatów pokroju Marmite (nie polecam) czy Marshmallow Fluff (również nie polecam), ale z nimi jest inny problem – to produkty-ciekawostki. Raczej nie kupuje się ich w ramach, nazwijmy to, stałej diety.
Sklepy specjalistyczne, które zajmują się importem zagranicznych produktów, stawiają na zdecydowanie mocniejszą rotację – przechodząc obok takiego lokalu, mam gwarancję, że jeśli do niego wejdę, to znajdę coś nowego, coś, czego nie widziałem. Faktycznie, będzie to dużo droższe niż w Dealzie (zazwyczaj), ale daje mi powód, by przekroczyć próg takiego sklepu.
Więc z jednej strony oferta jest dość nudna i przestaje być unikatowa względem znacznie łatwiej dostępnej konkurencji (niewiele osób ma bliżej domu Dealza niż Biedronkę, Lidla czy Dino), ale jest z nią jeszcze jeden problem.
Dealz jest jak fabryka Willego Wonki
Liczba produktów ultraprzetworzonych w Dealzie jest dla mnie przytłaczająca. Produktów względnie "zdrowych" jest tam zdecydowanie mniej niż w jakimkolwiek standardowym markecie (z niewielką powierzchniowo Żabką włącznie). Wchodząc tam, wystawiamy się, "eksponujemy się", przede wszystkim na kuszące słodycze, słone przekąski z ładnymi etykietami i napoje utopione w cukrze. Wszystkie te produkty niekoniecznie powinny znaleźć się w zbilansowanym koszyku. To wada nie tylko z mojej osobistej perspektywy – świadomość konsumencka w Polsce rośnie bardzo szybko.
Z ciekawości w trakcie pisania tego artykułu zerknąłem do obecnej oferty Dealza, żeby sprawdzić, czy przypadkiem moja wiedza nie jest przeterminowana. Moją uwagę zwrócił slogan "idzie nowe". Okazuje się, że sklep wdraża do swojej oferty kolejne produkty. Mamy tam: energetyki, czipsy, napoje kawowo-czekoladowe, żelki, napoje gazowane, popcorny, herbatniki, zupki instant z Wietnamu, chrupki kukurydziane, napoje "wodopodobne", orzeszki w panierce i batoniki. Te ostatnie, warto dodać, pochodzą z cieszącej się nie lada estymą w polskim internecie (m.in. z powodu licznych memów) marki DecoMorreno.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Nie przekonują mnie te nowości. Są to raczej produkty, których staram się unikać ze względu na ich dużą gęstość kaloryczną, zawartość cukrów, tłuszczów nasyconych i innych składników odżywczych, które budzą moje wątpliwości. Jednocześnie nie da się nie odnieść wrażenia, że oferta "food" w marketach tego typu może być zdrowsza, bo równolegle do Dealza oporów przed wprowadzaniem mniej przetworzonych produktów nie ma np. sieć drogerii Rossmann (choć bywają to produkty bardzo drogie).
Pepco wie, co robi. Oferta non-food w Dealzie mnie nie przekonuje
Choć to aspekt "food" jest w Dealzie kluczowy, nie zapominajmy, że sklepy te mają także segment "non-food". Tu jednak ponownie zauważam pewien zgrzyt. Niestety, z mojej perspektywy, nie ma w niej nic co wygrywa z Pepco i z innymi konkurencyjnymi sklepami. Jednocześnie oferta jest znacznie węższa od tej z Action czy MR DIY, więc ostatecznie to te sklepy są moimi docelowymi destynacjami, kiedy potrzebny mi niezawodny (chiński) plastik.
W obronie sieci może stanąć za to jeden dość nietypowy segment – chemia. Akurat Dealz (przynajmniej ten, który znajduje się blisko mnie) jest świetnie w tym zakresie wyposażony, a cenowo wypada lepiej niż konkurencyjne hipermarkety.
Natomiast tu rywalizuje z e-commerce i czymś jeszcze – chemię kupuję raczej rzadko, a jeśli jakiś produkt jest potrzebny "na cito" to i tak wybiorę alternatywę z Lidla lub Biedronki. Chyba że jest niedziela, to wtedy dokonam redefinicji słów "na cito", bo chemia w Żabce jest tak droga, że strach na półkę zaglądać.






