Robert Korzeniowski, Radosław Piesiewicz
Robert Korzeniowski zamierza walczyć o fotel prezesa PKOl Fot. Shutterstock; montaż: naTemat

– Jestem długodystansowcem i w życiu przeżyłem już mnóstwo ataków. Pamiętam, co działo się, gdy zaczynałem tworzyć TVP Sport – jak wielu osobom było to nie na rękę i jak mocno starali się mnie zdyskredytować. Tak to już jest: jeśli chcesz wprowadzać zmiany, nie wszystkim to pasuje, a niektórzy sięgają po oręż niezbyt czystej gry – mówi naTemat.pl Robert Korzeniowski. Po wybuchu afery Zondacrypto i aresztowaniu Radosława Piesiewicza czterokrotny mistrz olimpijski zamierza walczyć o fotel prezesa PKOl. I jeśli ta sztuka się uda, stanie przed arcytrudnym wyzwaniem.

REKLAMA

Mateusz Przyborowski, naTemat.pl: Jest pan gotowy do bitwy o PKOl?

Robert Korzeniowski: Tak, jestem gotowy. Gotowość do zmiany tej instytucji noszę w sobie od pojawienia się Radosława Piesiewicza. Choć początkowo rozważałem różne scenariusze – od własnej kandydatury po poparcie innej osoby – wydarzenia ostatnich miesięcy uświadomiły mi konieczność przejęcia odpowiedzialności i stanięcia na czele środowiska dążącego do reform.

Obecnie oczekujemy na konkretne posunięcia strukturalne. Trwa domykanie kwestii administracyjnych, a w poniedziałek powinien ostatecznie wyklarować się kalendarz wyborczy. Otwarcie wejdę w fazę kampanii, pamiętając jednak, że najważniejsza jest naprawa struktur PKOl-u, którą zamierzam wdrażać już w trakcie samych przygotowań do wyborów. Ruch olimpijski mam głęboko w sercu i ja naprawdę chcę ten PKOl, również w toku kampanii, naprawiać. 

Mówi pan o poniedziałku, czyli 14 września i godz. 13:00, kiedy odbędzie się posiedzenie zarządu PKOl, na którym być może zostanie odwołany Radosław Piesiewicz. Wiceprezes Adam Korol po wtorkowym prezydium oświadczył, że PKOl ma zabezpieczone środki na działalność do końca września. Kiepsko to brzmi.

Tak, to będzie bardzo ciężkie zadanie, bo teraz w PKOl-u trudne będzie absolutnie wszystko. Zarówno osiągnięcie bazowej stabilności w okresie tymczasowego zarządu, jak i późniejsza odbudowa struktur tak, aby organizacja mogła trwale stanąć na nogi i bez przeszkód realizować swoje zadania statutowe. Uważam, że nie ma co zwlekać z podjęciem prac nad nowym statutem, a niewykluczone, że również je sfinalizować.

Krótko mówiąc, nie możemy zmarnować ani chwili. W nadchodzących miesiącach czeka nas praca nad tym, aby mocno poturbowany PKOl pozostał silną organizacją, stanowiącą solidny punkt odniesienia dla całego środowiska sportowego. Adam Korol powiedział rzecz brzmiącą dramatycznie, ale obawiam się, że to dopiero początek dramatycznych informacji.

Pan już wcześniej mówił o prawdopodobnej pustej kasie PKOl-u. Gdyby pan jutro miał otworzyć księgi, czego się pan spodziewa? Brakującej gotówki, utraconych umów sponsorskich, zobowiązań, o których środowisko jeszcze być może nawet nie wie? Co jest dla pana najgorszym scenariuszem?

Właściwie wymienił pan wszystkie te elementy. Do tego dochodzi jeszcze ryzyko, które może ujawnić się nieco później – roszczenia ze strony osób, które czują się poszkodowane przez PKOl. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale to potencjalnie kolejny poważny problem.

Dlatego wielokrotnie powtarzałem, że ten stan tymczasowości powinien trwać jak najkrócej. Jeśli jednak wola całego zarządu będzie taka, by potrwał on do końca mandatu w kwietniu, musimy maksymalnie wykorzystać ten czas – na uporządkowanie bieżących spraw i przygotowanie gruntu pod realną, głęboką i stabilną odnowę.

Pana zdaniem, poza finansami, co w PKOl-u jest zepsute strukturalnie, a nie tylko personalnie?

Nie będę teraz cytował konkretnych przepisów, ale Polski Komitet Olimpijski to specyficzne zrzeszenie związków sportowych, w którym statut niesamowicie wzmocnił władzę jednej osoby, przy jednoczesnym braku skutecznych narzędzi kontroli w razie naruszeń. Już sam ten fundament jest błędny.

Poza tym obowiązujący system reprezentacji w zarządzie jest niezrozumiały zarówno dla środowiska, jak i dla opinii publicznej. Automatyczne parytety sprawiają, że na przykład aż 12 miejsc przypada Towarzystwu Olimpijczyków Polskich, w gronie zasiadają też z urzędu prezesi związków, z których chyba tylko 7 osób pochodzi z otwartych wyborów. Dla mnie to absurd, który trwa od lat i skutecznie blokuje ludzi aktywnych, chcących realnie coś zmienić.

Konieczny jest powrót do fundamentów i powołanie kompetentnej komisji statutowej, która zaprojektuje dokument odpowiadający standardom nowoczesnej instytucji – wyposażony w mechanizmy kontrolne i precyzyjnie określone kompetencje. To wyzwanie tym większe, że poprzednie próby zmian w 2023 roku powstawały w pośpiechu, a czerwcowy projekt z tego roku dostarczono zarządowi tuż przed samym walnym zgromadzeniem. Dokument o randze naszej konstytucji wymaga transparentności i szerokich konsultacji środowiskowych.

Warto też w statucie odnieść się do istotności współpracy ze środowiskami nieolimpijskimi czy środowiskiem sportów osób z niepełnosprawnościami. Jest cała masa wątków do podniesienia, które muszą znaleźć się w statucie. Moim zdaniem to będzie bardzo ważny element tej odnowy i wskazania nowego wymiaru PKOl-u. Mam nadzieję, że uda się to zrobić jeszcze w trakcie tego mandatu i kolejne wybory zostaną przeprowadzone według nowych zasad, by nie powielać błędów popełnianych teraz.

A jak chce pan przekonać do siebie prezesów związków sportowych, którym odpowiada to, co jest teraz?

Uważam, że wszystko podlega dyskusji, a każdy argument wymaga kontrargumentu i poszukiwania kompromisu. Wszyscy musimy odnaleźć się w nowym, inaczej ułożonym domu. Nie planujemy rewolucji, lecz świadomą ewolucję. PKOl ma 107 lat i jeśli jakaś zmiana nie zyska akceptacji większości, po prostu nie przejdzie. Nic na siłę – musimy reformować tę organizację spokojnie, krok po kroku, ale z pełnym poczuciem odpowiedzialności. Osoby, które wezmą na siebie ciężar tych zmian, muszą mieć pewność, że nie tworzą martwych przepisów, lecz realnie kształtują przyszłość całego związku.

Mówi pan o pracy zespołowej, a jakich kompetencji szuka pan do zarządu, których dziś w PKOl-u brakuje? 

Przede wszystkim dostrzegam rozproszenie potencjału i zbyt nikłe zaangażowanie byłych sportowców oraz olimpijczyków. Ich udział w strukturach komitetu jest nieproporcjonalnie niski względem ich pozycji i aktywności w przestrzeni publicznej. Mamy wśród nich prezesów związków, menedżerów zarządzających dużymi przedsiębiorstwami, radnych. Głos tych ludzi powinien mieć zdecydowanie większą wagę i aktywnie wpływać na politykę PKOl-u. Mamy przecież młodych prezesów związków sportowych: Otylia Jędrzejczak, Sebastian Chmara, Sebastian Świderski. To są młodzi, zdolni ludzie, który objęli kierownictwo w związkach i mają wiele do powiedzenia. Kolejny przykład: Maja Włoszczowska, członkini Komisji Zawodniczej MKOl, która może zostać stałą członkinią MKOl-u. 

Odnoszę wrażenie, że rola olimpijczyków bywa sprowadzana do funkcji reprezentacyjnych – oczekuje się od nich obecności na wydarzeniach i pozowania do zdjęć, a nie strukturalnego zaangażowania w rozwój sportu. Sam pamiętam, jak po zakończeniu kariery w Atenach środowisko olimpijskie nie miało wobec mnie konkretnych oczekiwań merytorycznych, poza tradycyjnym obnoszeniem się z medalami. My naprawdę potrafimy ciężko pracować i zadbać o naszą organizację. Oczywiście, potrzebujemy fachowego wsparcia prawników, marketingowców czy menedżerów, ale to my mamy wyznaczać kierunek i mówić, czego potrzebujemy.

A czy na ataki w trakcie bitwy o PKOl jest pan przygotowany? We wtorek musiał się pan skonfrontować z pracownikiem TV Republika, który mówił o 209 tys. zł, jakie otrzymał pan za pracę w resorcie sportu, a wewnątrz PKOl-u ktoś ponoć powiedział o panu "facet spod ciemnej gwiazdy", który jedyne, co ma, to 4 medale olimpijskie. A teraz, przy tej obronie Radosława Piesiewicza przez niektóre organizacje, te ataki mogą się nasilić.

Wie pan, jestem długodystansowcem i w życiu przeżyłem już mnóstwo ataków. Pamiętam, co działo się, gdy zaczynałem tworzyć TVP Sport – jak wielu osobom było to nie na rękę i jak mocno starali się mnie zdyskredytować. A dzisiaj TVP Sport świętuje 20-lecie. Tak to już jest: jeśli chcesz wprowadzać zmiany, nie wszystkim to pasuje, a niektórzy sięgają po oręż niezbyt czystej gry.

Mam pełną świadomość, że raz trafi się nadgorliwy dziennikarz z Telewizji Republika czy innego medium, którego nie interesują moje pomysły, tylko zadanie tendencyjnego pytania i wymuszenie określonej odpowiedzi. Innym razem będzie to ktoś robiący mi czarny PR, kto nigdy nie odważy się powiedzieć mi w oczy, o co ma pretensje, tylko będzie rozpowiadał niestworzone historie za plecami.

Robert Korzeniowski

Oczywiście przeżywam to emocjonalnie, ale jestem na to przygotowany. Tylko ten będzie dobrym liderem, kto jest w stanie odbierać codziennie nie tylko laurki, ale też i krytykę – niezależnie od tego, czy ona jest uzasadniona, czy nie. A wiem, że ta krytyka będzie przychodziła. Nie oznacza to jednak, że zawsze będę reagował. A "typ spod ciemnej gwiazdy"? A co to właściwie znaczy (śmiech)? 

A co pan pomyślał, kiedy okazało się, że polscy medaliści olimpijscy mają dostać nagrody od PKOl w tokenach

(chwila ciszy).

O tym, że Zondacyrpto to będzie wielka afera, jeszcze nikt wtedy nie mówił.

Pomyślałem wtedy, że problemy są tylko kwestią czasu. Oczywiście nie wiedziałem, kiedy to nastąpi, ale spodziewałem się poważnych problemów. Ja się po prostu nie dałem na to nabrać. Jak tylko umowa PKOl-u z Zondacrypto została podpisana, mówiłem, że to jest i skandaliczne, i niewłaściwe, i nigdy do tego nie powinno było dojść. A mocno niepokojące sygnały przychodziły jeszcze przed IO: że to nie jest partner, na którym można polegać. Określenie "problem przejściowy" brzmiało mało wiarygodnie i budziło poważne wątpliwości od samego początku.

"Tokenizacji" sportu olimpijskiego nigdy nie kupiłem, a używanie wizerunku olimpijskiego do reklamowania kryptowaluty uważam za coś skandalicznego. Wiedziałem, że to się źle skończy, choć nie jestem fachowcem od rynku finansowego, ale przeczuwałem, że będzie z tym jakiś gigantyczny problem. To wszystko było owinięte pomiędzy propagandą suksesu, która ogłaszał pan prezes, a wielką niewiadomą. No nie może z tego nic dobrego wyniknąć.

Załóżmy, że jest pan prezesem PKOl-u. Jakim branżom powie pan "nie", jeśli chodzi o sponsoring?

Wszystkim, które są sprzeczne z wizerunkiem sportowca. Z całą pewnością wszystkie branże, które są reklamowo wątpliwe, które są przeciwko zdrowemu trybowi życia, które potencjalnie mogą narażać kogokolwiek na podejmowanie ryzykownych decyzji dla jego zdrowia czy finansów.

Nie chciałbym teraz wymieniać listy tych branż, bo dobrą praktyką i stosowaną również przez MKOl jest due diligence każdego potencjalnego partnera. I jest to również sprawdzenie pod kątem wiarygodności biznesowej, bo czasami branża może być niewinna, ale za wszystkim może stać coś bardzo niewłaściwego. Sama branża nie musi być na czarnej liście, ale sposób prowadzenia biznesu, jego ulokowanie globalne, to też może być problem. 

A na drugą nóżkę: jak odbudować budżet PKOl-u, skoro teraz część sponsorów może się odwrócić? 

Budżet to jest bardzo ważna rzecz, bo z informacji, jakie dzisiaj otrzymujemy, wynika, że kasa PKOl-u jest zabezpieczona na zaledwie kilka tygodni do przodu, choć miejmy nadzieję, że coś się poprawi. Natomiast największym wyzwaniem jest to, jak odbudować wartość PKOl-u w ogóle. Wartość wizerunkową, miejsce społeczne.

Uważam, że jeżeli PKOl będzie mocno stabilną organizacją, jeżeli będzie powrót do wartości, dla których PKOl został powołany, to transfer emocji i skojarzenie z partnerami, którzy będą podzielać te wartości, będzie oczywisty. I ten wątek biznesowy zostawiłbym fachowcom od marketingu i od biznesu, zespołowi, który będzie tworzony wokół tego nowego otwarcia, ale PKOl to nie jest jakiś szyld na sprzedaż, który powinien długodystansowo martwić się o to, czy znajdą się chętni do wsparcia go. 

Powinniśmy zastanowić się długodystansowo, czy my będziemy rzeczywiście organizacją, która będzie w stanie promować sportowe i biznesowe fair play, bo jeśli sprawdzimy sobie kody etyki każdej dużej korporacji, to one są zbliżone do tego, co mamy w sporcie. I jeżeli te kody etyki będą się zgadzać, to jestem przekonany, że stan na koncie PKOl również będzie się zgadzał. 

Robert Korzeniowski

Absolutnie uważam, że PKOl musi wrócić do olimpijczyków – oczywiście bardzo szanuję wszystkich sportowców, którzy nie byli olimpijczykami i pracują dla ruchu olimpijskiego, ale bądźmy przede wszystkim partnerami. I nie traktujmy olimpijczyków czy szerzej – sportowców jako osób, które nie są w pełni zaradne, nie są warte wysłuchania czy nie są warte zaangażowania w poważne projekty.

Przed nami IO w Los Angeles 2028. Niespełna 2 lata... 

Dzisiaj powinniśmy mieć już wszystko poukładane. Całe szczęście, za przygotowanie sportowe odpowiada każdy związek i wsparcie płynie z kasy państwa, jak również od partnerów danego związku. PKOl nie odpowiada za przygotowanie olimpijskie, ale jeżeli chodzi o sam koncept wyjazdowo-bytowy, aklimatyzacyjny, to powinien być aktywnym graczem. 

Mam nadzieję, że w trakcie tymczasowego zarządu będziemy w stanie podjąć decyzje kierunkowe, sprzyjające np. wysłaniu sportowców na Igrzyska Europejskie w czerwcu 2027 do Stambułu, ale przede wszystkim przygotowaniu misji olimpijskiej i umożliwiające mianowanie szefa misji i zapewnienie budżetu tej misji. To jest coś bardzo trudnego dzisiaj, tak samo jak trudno jest mi sobie wyobrazić, że my dopiero zaczniemy brać się metodycznie za pracę za rok czy późną wiosną.

Myślę, że warto sięgnąć po dokumenty, które już są przygotowane, i po ludzi, którzy pracowali do tej pory nad tematem Los Angeles 2028. To jeden z kluczowych punktów, które dzisiaj musi udźwignąć p.o. prezesa w najbliższych kilku miesiącach, a potem nowy zarząd i nowy prezes. 

I za dwa lata po tym mamy poznać, że się udało?

Tak, ale to, co dzisiaj rozpoczynamy, ma nas doprowadzić do dobrej pozycji chociażby w staraniach o organizację Igrzysk Olimpijskich w Polsce (Polska planuje oficjalne starania o organizację Letnich Igrzysk Olimpijskich w roku 2040 lub 2044, a głównym gospodarzem ma być Warszawa – red.). To są cele dalekosiężne. To ma doprowadzić nas także do optymalizacji spektrum życia sportowego w Polsce. To znaczy, że PKOl powinien być źródłem myśli i recenzentem, który coś inicjuje, wspiera i stabilizuje, kiedy na przykład zmieniają się rządy w Polsce. To jest coś, czego nie osiągniemy w dwa lata, ale możemy już teraz zapoczątkować.