
Noc z 12 na 13 września z całą pewnością nie należała do spokojnych we wschodnich województwach Polski. Wielu mieszkańców otrzymało nad ranem alerty RCB dotyczące działań polskiego wojska. Zawyły nawet syreny alarmowe. Jak podkreśla wojsko, zagrożenie było realne.
W nocy z 12 na 13 września Rosja po raz kolejny przeprowadziła atak dronów na Ukrainę, zakrojony na bardzo szeroką skalę. Część bezzałogowych statków spadła na obiekty oddalone zaledwie o kilkaset metrów od granicy z Polską. Takiego zagrożenia nasza armia nie mogła zignorować, stąd natychmiastowe poderwanie myśliwców. Mieszkańcy przygranicznych regionów alarmowali, że słyszeli tej nocy potężny huk. Wojsko podało wstępną przyczynę.
Realne zagrożenie dla Polski po ataku Rosji na Ukrainę
W przestrzeni powietrznej Ukrainy niedaleko granicy z Polską pojawiło się ponad 450 rosyjskich dronów (według ukraińskich Sił Powietrznych zestrzelono lub unieszkodliwiono 409 maszyn, w tym 405 bezzałogowców i cztery drony Banderol). Jeden z nich uderzył w pociąg relacji Kijów–Warszawa zaledwie 2 kilometry od granicy z naszym krajem. Kolejny spadł w pobliżu ciężarówki znajdującej się zaledwie ok. 800 metrów od przejścia granicznego Dorohusk-Jagodzin. Wcześniej w podobnych okolicznościach pojawiały się drony nad dwoma krajami NATO – w Estonii i Rumunii.
Jak przekazał w rozmowie z PAP rzecznik DORSZ, ppłk Jacek Goryszewski, zagrożenie dla Polski minionej nocy było realne. To on jako pierwszy podał także, że kilka bezzałogowców uderzyło w obiekty znajdujące się blisko polskiej granicy – "od kilku do kilkunastu kilometrów".
Ostatecznie jednak wszystko wskazuje na to, że tym razem żaden rosyjski dron nie przedostał się do Polski – inaczej niż we wrześniu 2025 roku, gdy po nocnej akcji lotnictwa został uszkodzony dom w Wyrykach. Co zatem z hukiem, o którym informowano w Szczecynie w powiecie kraśnickim i w Stojeszynie Pierwszym w powiecie janowskim? Są już wstępne wyjaśnienia.
Zobacz także
Huk nad Polską podczas ataku Rosji na Ukrainę. Wiadomo, co mogło być przyczyną
W związku z atakiem Rosji na Ukrainę poderwano polskie myśliwce, o czym poinformowano w alercie RCB. "Uwaga. W związku z aktywnością odrzutowych bezzałogowych statków powietrznych Federacji Rosyjskiej, wykonujących uderzenia na terytorium Ukrainy, rozpoczęło się operowanie lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej" – informowało Dowództwo Operacyjne RSZ.
RMF24 ustaliło, że mieszkańcy miejscowości na wschodzie Polski zgłaszali służbom, iż słyszeli huk w pobliżu swoich zabudowań. Funkcjonariusze sprawdzili teren, ale na miejscu niczego nie znaleźli. Nie byłby to zresztą pierwszy niezidentyfikowany obiekt na Lubelszczyźnie. Pytany o to rzecznik DORSZ wyjaśnił, że dźwięk był najpewniej efektem przekroczenia bariery dźwięku przez poderwane myśliwce. Między innymi właśnie ze względu na możliwość wystąpienia większego hałasu rozesłano alerty o prowadzonych działaniach wojskowych.
Mieszkańców uspokajał także wojewoda lubelski Krzysztof Komorski. – Procedura zadziałała bez zastrzeżeń. Syreny uruchomiono o czasie i na odpowiednim terenie, po czym alarm odwołano. Obecnie nie ma żadnego zagrożenia – podkreślił w rozmowie z Onetem.
Ostatecznie akcja polskiego wojska zakończyła się w niedzielę o godzinie 10:00. Przedstawiciele polskiej armii nie poinformowali o tym, aby jakikolwiek niebezpieczny obiekt przekroczył polsko-ukraińską granicę.






