
Rosja kolejny dzień bombarduje Ukrainę, a polskie Dowództwo Operacyjne znowu podrywa myśliwce. Pod komunikatami i alertami RCB kpiny i żarty. Emotki ze łzami śmiechu, pytania o obiad i pretensje, że w ten sposób "straszy się naród". Humor dzisiaj jest nam bardzo potrzebny, ale zanim też zaczniesz się śmiać, warto przez chwilę zastanowić się, co naprawdę kryje się pod tymi żartami.
Noc, telefon nagle wibruje. "W związku z aktywnością lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej, wykonującego uderzenia na terytorium Ukrainy, rozpoczęło się operowanie polskiego i sojuszniczego lotnictwa w naszej przestrzeni powietrznej". Polacy znają to już na pamięć. A szczególnie mieszkańcy Lubelszczyzny i Pokarpacia, gdzie w ostatnich tygodniach alerty RCB przychodzą praktycznie co noc. Jak modlitwa przed snem. Może właśnie dlatego pod takimi komunikatami robi się coraz weselej.
"Za chwilę skończy się resurs i co wtedy nas obroni?" – pyta jeden z komentujących pod ostatnim alertem RCB w środę rano (23 września) i dokłada pięć płaczących ze śmiechu buziek. "No wreszcie! Dzień bez alertu to dzień stracony!" – ironizuje ktoś inny i zbiera kilkadziesiąt polubień. Ktoś jeszcze pyta: "co dzisiaj robicie na obiad?". Tak jakby pod postem o rosyjskich rakietach latających niedaleko polskiej granicy toczyła się zwykła sąsiedzka pogawędka.
Łatwo byłoby teraz złapać się za głowę i napisać kolejny tekst o narodzie, który nie dorósł do czasów, w których żyje. Tylko że to byłaby nieprawda. A przynajmniej nie cała prawda.
Rosja bombarduje Ukrainę, Polacy kpią z alertów
Zacznijmy od rzeczy najprostszej: jesteśmy zmęczeni. Komunikaty o poderwaniu myśliwców pojawiają się od miesięcy, a w ostatnim czasie w środku nocy. W ogromnej większości przypadków rano okazuje się, że nic się nie stało (poza kilkoma przypadkami, kiedy rakiety, pociski i drony spadały na Polskę). Polacy cierpią na zmęczenie alarmami. Ten sam mechanizm sprawia na przykład, że przestajemy słyszeć alarm samochodowy pod blokiem. Mózg nie jest w stanie żyć w permanentnej gotowości. Uczy się więc, że sygnał, po którym nic się nie dzieje, można zignorować. Albo wyśmiać.
Polski czarny humor to zresztą narodowa specjalność, a nie wada. W czasach słusznie minionych (i po nich zresztą również) żartowaliśmy z kolejek po ocet, żartowaliśmy pod zaborami i w stanie wojennym. Śmiech oswaja strach i daje choćby iluzję kontroli nad sytuacją, na którą nie mamy żadnego wpływu. Kto żartuje z myśliwców, ten przynajmniej przez chwilę nie musi myśleć, po co one startują.
Najciekawszy (subiektywnym zdaniem autora tego tekstu) komentarz wcale nie jest zabawny. "Ale to nie tyczy się Polski!!!! Nie straszcie narodu!!!" – ktoś pisze z czterema wykrzyknikami, a kilkadziesiąt innych osób podpisuje się pod tym, dając "łapkę w górę". Lekceważenie sytuacji? A może strach?
Ale komunikat nie "straszy". Informuje, że państwo robi to, co do niego należy. Samoloty i myśliwce nie startują dlatego, że wojsko lubi pokazówki. Startują, bo rosyjskie rakiety i drony lecą blisko naszej granicy, a czasem ją przekraczają – jak drony nad Polską we wrześniu 2025 roku. Myśliwce były w powietrzu właśnie dlatego, że poderwano je wcześniej, a nie wtedy, gdy już było za późno.
Ten komentarz mówi o nas dużo. Pokazuje, że po kilku latach komunikatów wielu z nas wciąż nie wie, co one właściwie oznaczają i czy mamy w związku z nimi cokolwiek zrobić. Częściowo to wina samej komunikacji (nie bez powodu zapowiadane są już alerty RCB w mObywatelu), a częściowo wina niektórych polityków, którzy – tu niestety trzeba powiedzieć wprost – sieją przesadną panikę i turdno przejść obojętnie przy innych komentarzach, że tym samym "rządzący chcą utrzymać władzę". Nie zmienia to jednak faktu, że suchy wojskowy język nie tłumaczy, nie uspokaja i nie mówi obywatelowi, gdzie jest jego miejsce w tej układance. Pustkę po wyjaśnieniach zawsze coś wypełni, najczęściej złość albo kpina.
Zobacz także
Cudzysłów, który żartem już nie jest
W gąszczu weselnych komentarzy pod alertami RCB i DORSZ znalazłem dziś i taki, przy którym przestaje być śmiesznie. Krótki, niepozorny: "Tiaaa... 'rosyjski'" (atak – red.). Ten cudzysłów nie wyśmiewa już alertu. Podważa to, kto strzela, kto wywołał wojnę za naszą wschodnią granicą. Sugestia, że za zagrożeniem stoi "ktoś inny", że to prowokacja albo ustawka, to jedna z najstarszych narracji, które rosyjska propaganda pompuje najwytrwalej od początku wojny w Ukrainie.
Nie wiem, kim jest autor albo autorka tego wpisu, i nie będę zgadywać. Może to zwykła osoba, która za długo czytała niewłaściwe profile. I to jest właśnie najbardziej niepokojące. Dezinformacja działa najlepiej nie wtedy, gdy powtarzają ją boty, tylko gdy powtarzają ją "żywi ludzie".
Kpina z alertów to dla takich narracji idealna gleba. Najpierw się śmiejemy, że wojsko podrywa myśliwce "po nic". Potem zaczynamy wierzyć, że zagrożenia nie ma. Przechodzimy z tym do porządku dziennego i w końcu uznajemy, że ktoś nas celowo straszy, bo ma w tym interes. Pomiędzy "dzień bez alertu to dzień stracony" i "tiaaa, rosyjski" jest znacznie bliżej, niż się wydaje. Rzucenie w przestrzeń "tiaaa, rosyjski" to dezinformacja, której – zabiegani i zmęczeni – możemy nie zauważyć.
Śmiejmy się – OK, ale nie przestańmy słuchać. Nikt rozsądny nie oczekuje, że będziemy czytać każdy komunikat DORSZ z drżeniem rąk. Humor, szczególnie "w tych czasach", jest potrzebny, a zmęczenie zrozumiałe. Warto jednak pamiętać, że każdy komunikat, który dziś kwitujemy emotką, przy okazji jest dowodem na to, że ktoś czuwa, gdy my śpimy. A system ostrzegania ma sens tylko wtedy, gdy ludzie wciąż będą mu wierzyć w tym jednym dniu, w którym alarm okaże się prawdziwy. Tego dnia nikt rozsądny nie zapyta w komentarzach, co Polacy będą jeść na obiad.






