Historia Adriana Falatyna, który rzucił pracę w korporacji i został rolnikiem wywołała zdecydowanie większe zamieszanie, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Rozmawiałem z nim zaledwie trzy dni temu, a od tamtej pory rozwinęła się w naTemat cała dyskusja o tym, czy warto porzucić korporację. Tylko czy tak naprawdę chodzi jedynie o to, aby rozstać się z pracą której nie lubimy?

REKLAMA
W tym tygodniu przeprowadziłem trzy, pozornie podobne wywiady. Trzech dorosłych facetów robiących niegdyś karierę w korporacji opowiedziało o tym, dlaczego zdecydowali się zmienić swoje dotychczasowe życie. Wybrali inny model niż ten, po którym obiecywali sobie szczęśliwe i dające satysfakcję życie. Każdy z nich robi dziś zupełnie co innego, ale łączy ich jedno. Wyszli ze strefy komfortu, aby realizować swoje marzenia. Proste?
Agnieszka Holand powiedziała ostatnio w rozmowie z Anną Witteberg, że nie ma marzeń. Miała kilka projektów, których jednak nie udało się jej zrealizować. – Nie płacze się za nimi, prawda? – zapytała reżyserka. To jak, płacze się, czy nie?
Spotkania z trzema osobami, które opowiedziały czytelnikom swoje historie pokazały mi, że można i warto mieć marzenia. Ich decyzje udowadniają, że warto i da się realizować marzenia, o ile ma się odwagę. Wielu czytelników i komentatorów nie jest jednak w stanie docenić postawienia na szali swojego dotychczasowego życia zawodowego i podjęcia walki o "innego siebie". Najłatwiej bowiem napisać napisać o kimś, kto przepracował szereg lat w korporacji i odnosił w niej sukcesy, że jest nieprzystosowany do życia...
Wojciech Łazarowicz stwierdził na swoim blogu, że śmieszą go zachwyty wobec kolejnych korpoludków "którzy zakładając własny small biznes wygłaszają manifesty ideologiczne: samodzielność, wolność, rodzina". Szczerze? Mnie wcale nie śmieszą. Oni nie odeszli bowiem ze swojej organizacji po tym, jak zbankrutowały, tylko gdy byli u szczytu swoich karier i osiągali sukcesy. Zrezygnowali ze swojego poprzedniego na własne życzenie, bo nie czuli się spełnieni.
Czy panowie dorabiają ideologię do swoich zawodowych decyzji? Być może trochę tak. Podjęli bowiem trud, aby zastanowić się nad tym, co jest dla nich ważne w życiu i zaczęli to robić. Czy jest się nad czym "zachwycać"? Nie ma, bo przecież każdy ma prawo zastanawiać się nad sensem swojego życia, jak i do tego, aby bezrefleksyjnie tkwić w systemie, w którym inni się odnajdują. Ciepła woda w kranie też jest ważna.
"Te historie dobrze się czyta" - napisał jeden z komentujących. Dlaczego tak jest? Bo każdy z nas ma podobne tęsknoty, jak bohaterowie wywiadów. Niewiele jest osób, które są absolutnie przekonane o słuszności tego, co w życiu robią. Niektórzy schowali marzenia, a niekiedy nawet dumę do kieszeni i robią w życiu coś, co nie daje im satysfakcji. Daje za to pieniądze. Pracują w korporacjach, bo od wielu lat w Polsce (przynajmniej w niektórych środowiskach) jest to wyznacznikiem sukcesu. Usłyszałem kiedyś zdanie od swojej rówieśniczki "I tak wszyscy skończymy na Domaniewskiej" (korporacyjne zagłębie w Warszawie). Zastanawiam się, czy to pobożne życzenie, czy groźba?
Często zaczynamy kolegium redakcyjne od pytania "czym żyje Polska?'. Nie da się na nie odpowiedzieć, bo Polska nie jest monolitem. Tak jak nie wszyscy są zainteresowani artykułami o życiu w korporacjach. To zrozumiałe. Jednak tysiące odsłon i lajków pod tematami dotyczącymi pracy i "korporacji w polskim wydaniu" nie są bez znaczenia. Czym żyje Polska? Mogę odpowiedzieć w imieniu ludzi w moim wieku, którzy zbliżają się zaledwie do trzydziestki i czują się sfrustrowani. Czy mają prawo? Czy ktoś obiecywał im (nam) że będzie łatwiej? Wielu stwierdzi, że nie. Ale czy to powód, by przestać zastanawiać się nad tym, czy istnieje inna droga? (niekoniecznie trzecia).
Część Polski, którą ja obserwuje, żyje brakiem własnego mieszkania, pomimo nadgodzin spędzanych w korporacji. Polska żyje tym, że nie ma czasu na zrobienie prania. Polska żyje tym, że nie jest w stanie oderwać się od telefonu i Facebooka w obawie, że ominą ważnego maila od szefa, który ma gdzieś fakt, że jest sobota, na którą młody pracownik korporacji czekał przez całe pięć dni w swoim biurowcu. Czekał na sobotę, bo gdy niedziela dla wielu osób nie oznacza już weekendu. Dlaczego? Bo strach przed zbliżającym się poniedziałkiem jest tak duży, że nie są w stanie pozwolić sobie na dwa dwudniowy relaks.
Dlaczego uważam, że warto aby powstawały takie wywiady? Bo inspirują do działania. Oczywiście, że być może w rzeczywistości było nieco inaczej, a wywiad jest zbyt krótki, by opisać całą historię jej bohaterów. Wywiady z takimi osobami dają jednak nadzieję, że być może nasz pobyt w korporacji jest jedynie przygodą i przede wszystkim nauką życia, o czym wspominali bohaterowie korpo-cyklu. Jest to bez wątpienia szkoła życia, zawodowego jak i prywatnego. Być może właśnie ta krótka przygoda pozwoli nam za kilka lat spełnić marzenia o własnym gospodarstwie, firmie, czy też o surfowaniu po falach całego świata.
Czy naprawdę nie warto rozmawiać o systemie pracy w korporacjach, które tylko niekiedy tylko starają się stosować zachodnie wzorce, przystosowując je do Polskich warunków? Coacherka Beata Rzepka powiedziała mi przed dwoma tygodniami, że zachodnie korporacje zatrudniają masażystkę, która w ciągu dnia masuje przez kilka minut karki pracowników spędzających wiele godzin przed komputerem. Brzmi to wręcz abstrakcyjnie i z pewnością pracownicy poradzą sobie bez takich udogodnień. To pokazuje jednak, że zachodnie korporacje zaczynają dostrzegać co, a raczej kto jest ich prawdziwym kapitałem.
Jeśli ktoś nie jest zadowolony z miejsca w którym się znajduje, może czekać, aż świat dookoła się zmieni. Może też wziąć sobie do serca maksymę, którą Łukasz Feldman powiedział za Stevem Jobsem: "Keep looking, don't settle", czyli wciąż poszukuj, nigdy nie osiadaj.