
Żeby zaoszczędzić w podróży, jestem w stanie zrobić wiele. Jedzenie z marketów zamiast restauracji? Pewnie. Lot z Modlina o 5:00 rano? Da się zrobić. Ale nocleg w hostelu w pokoju wieloosobowym? To zawsze znajdowało się poza moimi granicami. Wszystko zmieniło się jednak pod koniec września, kiedy trafiłam do szafy na ludzi na dwie noce.
Tanie podróżowanie to hasło, które przyświeca mi, odkąd 10 lat temu wsiadłam po raz pierwszy do samolotu. Jednak od zawsze latałam z ekipą, a kiedy zaczęłam robić to sama, stać mnie było na pokój z minimum luksusu, czyli z prywatną łazienką. Nawet jeżeli znajdowała się ona w szafie. Kiedy jednak pod koniec września poleciałam do kraju, który broni się przed masową turystyką, i sprawdziłam ceny hoteli, wiedziałam, że będę musiała obniżyć swoje standardy. I tak wylądowałam w szafie na ludzi w Lublanie, stolicy Słowenii.
Słowenia – perełka na mapie Europy, która próbuje oprzeć się masowości
Przy okazji wrześniowej podróży do Austrii (niebawem wam o niej napiszę) postanowiłam zorganizować sobie city breaka w Lublanie. Słowenia pociągała mnie bowiem od dawna. Wciśnięta między Włochy, Austrię i Chorwację, z zaledwie 46 kilometrami wybrzeża, pełna gór i rajskich widoków, pozostaje jednak mało dostępna. I nie jest to przypadek.
Słowenię zamieszkują tylko 2 mln osób, które cenią swój spokój i dziką naturę. Weekendy uwielbiają spędzać nad morzem (często w Chorwacji) albo aktywnie – biegając, jeżdżąc na rowerach czy uprawiając sporty drużynowe. Naprawdę od dawna nie widziałam tak aktywnego narodu, a sama Lublana okazała się dosłownie usłana parkami i strefami z boiskami idealnymi do rekreacji. I teraz wyobraźcie sobie, że ten niewielki kraj zostałby zalany setkami tysięcy turystów miesięcznie. Zamiast spokojnego wypadu w góry czy na rower czekałyby ich sceny jak z naszych Tatr.
Tego właśnie chcą uniknąć, stąd np. bardzo mała liczba lotów. Tanich przewoźników niemalże tam nie ma. Oferują pojedyncze trasy, które są w zasadzie opcją na wyjazd dla Słoweńców, a nie szansą dla obcokrajowców na dojazd do Słowenii. Do Lublany bezpośrednio lata PLL LOT, ale jedynie mniejszymi samolotami typu Embraer. W ten sposób kraj próbuje bronić się przed masową turystyką, choć kiedy patrzyłam na to, co dzieje się wzdłuż rzeki Ljubljanicy, miałam wrażenie, że to tylko odwlekanie nieuniknionego.
Zobacz także
Lublana zapełnia się turystami, choć ceny noclegów nie są małe. Dlatego wybrałam szafę
Wiedząc, że będę w Lublanie od piątku do niedzieli, zacząłem szukać noclegu. Był to dla mnie czwarty z pięciu krajów odwiedzanych w zaledwie 3 tygodnie, a chwilę wcześniej kupiłam bilety lotnicze na bardzo daleką podróż do Azji. Stąd mój budżet błyskawicznie się skurczył.
Kiedy zobaczyłam, że dwie noce w hotelu to wydatek przynajmniej 600 zł, a najtańsze noclegi w pokojach w mieszkaniach (często bez łazienek) są na podobnym poziomie cenowym, zrobiło się mało wesoło. W moje oczy wpadła na szczęście oferta hotelu kapsułowego w zasadzie w centrum miasta za 270 zł za dwie noce. Szybko uznałam, że tym razem innego wyjścia nie mam.

W sumie nawet nie było mi z tym źle, bo skoro hotele kapsułowe podbijają Europę, to mnie już od dawna korciło mnie spędzenie nocy w takim miejscu. Klasyczny hostel z łóżkami jedno obok drugiego i brakiem prywatności absolutnie nie jest dla mnie. Tu natomiast otrzymałam "prywatny pokoik" głęboki na jakieś 2 metry i szeroki na 1,5 metra. Dopłaciłam nawet 7 zł, żeby mieć telewizor, bo akurat na czas mojego pobytu przypadał finał ME siatkarzy.
Kiedy dotarłam na miejsce, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że hostel kapsułowy przypomina po prostu szafę na ludzi. Cała konstrukcja była wykonana z grubej sklejki, trochę jak podwójna ściana w szafie. Poszczególne kapsuły do złudzenia przypominały półki, z tą różnicą, że w tym przypadku przeznaczono je dla ludzi.
Takich sypialni było co najmniej kilkadziesiąt w jednym pomieszczeniu, a za ścianą znajdowało się drugie, wyglądające identycznie. Kabiny ustawiono jedna na drugiej, z materacem, pościelą, a nawet niewielkim stolikiem i półką do pracy. Miałam nadzieję, że dostanę dolną "półkę", ale los chciał, że musiałam wspinać się po drabince. Plus był taki, że okazała się bardzo stabilna i nawet nie drgnęła, kiedy po niej schodziłam.

Komfort spania w takim pokoiku oceniam naprawdę wysoko. Materac był dość wygodny, a ściany i zasłonka zapewniały prywatność. Bałam się, że przez rozmowy innych i, co gorsza, chrapanie nie będę w stanie zasnąć. I rzeczywiście, pierwszej nocy jeszcze po północy słyszałam głosy należące do dziewczyn, które plotkowały naprzeciwko. Natomiast ok. 7:00 rano zaczęła się krzątanina osób, które ruszały w dalszą podróż. Ja już wtedy siedziałam przed laptopem i pracowałam, więc nie był to dla mnie tak duży problem jak wieczorem.
Obie noce przebiegły ostatecznie bardzo spokojnie. Minusem było jedynie to, że w całym pomieszczeniu, w tym również w kabinie, robiło się duszno. Na półce nie było wentylacji. Na szczęście ktoś otworzył na oścież okno, a ponieważ moja kapsuła była położona niedaleko, dotarło do mnie nieco świeżego powietrza.
Jednak zanim i wy zdecydujecie się na podobny nocleg, uprzedzam – mam sen jak niedźwiedź. Jak już padnę, nic poza budzikiem nie jest w stanie mnie obudzić. Nie wiem więc, czy innym osobom spałoby się tam równie dobrze jak mi. Drugą kwestią pozostaje natomiast klaustrofobia. Ciasne, ale własne nie każdego przekona.
Prysznic, kuchnia, a nawet pralnia. Hostel w Lublanie był świetnie przystosowany dla turystów
Siedząc w części wspólnej i jedząc śniadanie, przyjrzałam się moim współlokatorom. Byli tam nastolatkowie i dwudziestolatkowie, którzy pewnie urządzili sobie "gap year" i z wielkimi plecakami zwlekali się ok. 9:00 rano, żeby ruszyć dalej. Jednak nie brakowało też osób w moim wieku, czyli ok. trzydziestki, a nawet 50– i 60-latków, którzy postanowili ruszyć ku przygodzie.
Oprócz szerokiego przekroju wiekowego turystów bardzo zaskoczyło mnie także przygotowanie samego obiektu. Kilka pryszniców damskich, oddzielnie męskie. Minusem były tylko 3 toalety koedukacyjne, ale trudno. Na miejscu znajdował się też niewielki aneks z lodówką i mikrofalówką. Poranną kawę można było zrobić w automacie za 1–2 euro. Szokiem były dla mnie pralki i suszarki. Za mniej niż 10 euro można było sobie nie tylko uprać ubrania, ale i je wysuszyć. W długiej podróży to ogromne ułatwienie.

Minusem był jednak brak przechowalni bagażu. W nocy mogłam zostawić walizkę w specjalnym schowku pod moją półką i zamknąć go na kłódkę (trzeba mieć własną). Jednak ostatniego dnia musiałam ciągnąć ją ze sobą do centrum (cóż, doba hotelowa coraz krótsza), bo lot miałam dopiero o 17:00, a chciałam jeszcze trochę pozwiedzać i zobaczyć choć kilka z 6 najlepszych atrakcji w Lublanie.
Czy zatem powtórzę taki nocleg? Jeśli nie będę musiała, to raczej nie. Własna łazienka pozostaje jednak na szczycie moich minimalnych wymagań. Ale jeżeli ponownie sytuacja finansowa albo zwykła ciekawość postawi mnie przed wyborem takiego miejsca, nie będę się długo wahać. Ostatecznie się bowiem wyspałam, nikt mnie nie okradł, więc tę przygodę oceniam naprawdę pozytywnie. Tylko na koniec mam nadzieję, że pęcherz nigdy więcej nie zmusi mnie do schodzenia po drabinie o 4:00 nad ranem. To jednak mało przyjemne.






