Przemysław Czarnek, Jarosław Kaczyński, Mateusz Przyborowski
"Byle nie Tusk", czyli kto? Fot. Flickr / Kancelaria Sejmu; montaż: naTemat

Jarosław Kaczyński, Przemysław Czarnek i pozostali politycy PiS znaleźli nowy pomysł na odzyskanie władzy: zjednoczyć wszystkich przeciw obecnemu premierowi. Hasło jest chwytliwe: "Byle nie Tusk". Brakuje tylko odpowiedzi na pytanie: czyli kto? Nie twierdzę, że Koalicja 15 października to formacja idealna, ale dziękuję za powrót PiS do władzy. Za obie Konfederacje również podziękuję.

REKLAMA

Po wyborach w Krakowie, w których Monika Piątkowska, kandydatka popierana przed Koalicję Obywatelską i Polskie Stronnictwo Ludowe, przegrała z Łukaszem Gibałą, byłym posłem PO i Ruchu Palikota, Jarosław Kaczyński wyszedł do nas z hasłem "Byle nie Tusk". Ogłosił, że tak właśnie wygrywa się wybory.

Za Gibałą miało zagłosować 85 proc. elektoratu PiS i w dużej mierze to im zawdzięcza sukces. Wniosek, który wysnuł prezes PiS i jego współpracownicy? Za rok to samo, tylko w skali kraju. Jednocześnie Kaczyński przyznał, że Gibała jest ideowo daleko od PiS, ale mimo to uważa, że jeśli zasada "byle nie Tusk" zostanie zastosowana w praktyce, to wynik w skali kraju może być jeszcze lepszy niż prawie 25 pkt. proc. różnicy między kandydatmi w II turze w Krakowie. Warunkiem jest według niego zjednoczenie przeciwników rządu.

Hasło jest chwytliwe, to fakt, i nic dziwnego, że kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek rusza do ofensywy. Szkoda tylko, że to hasło nie odpowiada na pytanie, które samo się narzuca. Byle nie Tusk, to znaczy kto? Bo jeśli odpowiedź brzmi: "PiS + reszta prawicy", pozwolę sobie odświeżyć nam wszystkim pamięć.

"Byle nie Tusk", czyli lepszy jest PiS?

Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości i prokurator generalny, przez osiem lat budował sobie wizerunek szeryfa. Przed zarzutami w sprawie Funduszu Sprawiedliwości uciekł na Węgry po azyl u Orbána. Gdy Orbán przegrał wybory, ewakuował się do Stanów Zjednoczonych. Jego zastępca Marcin Romanowski wybrał tę samą drogę jeszcze wcześniej. Budapeszt odebrał już zresztą obu status uchodźców.

Formacja, która ma "sprawiedliwość" w nazwie, ma dziś byłych szefów resortu sprawiedliwości ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości. Gdyby to wymyślił scenarzysta, producent odesłałby mu tekst z dopiskiem "za grube".

Idźmy dalej. Październik 2020 roku. Trybunał Julii Przyłębskiej zaostrza i tak jedno z najbardziej restrykcyjnych praw aborcyjnych w Europie. Na ulice wychodzą setki tysięcy ludzi, w dużej mierze młode kobiety. Odpowiedź państwa? Kordony, gaz pieprzowy i tajniacy z pałkami w tłumie. Gazem po twarzy dostała nawet posłanka. To nie była władza, która rozmawia z obywatelkami. To była władza, która je pacyfikowała.

Równolegle trwał serdeczny sojusz tronu z ołtarzem. Miliony płynęły do instytucji związanych z o. Tadeuszem Rydzykiem, ministrowie siedzieli w pierwszych ławach na Jasnej Górze, a z ambon padały polityczne wskazówki dla obywateli. Państwo świeckie, ale z dopiskiem drobnym drukiem.

Lista dokonań PiS, którą łatwo dziś zapomnieć:

  • Wybory kopertowe z 2020 roku, które się nie odbyły, a kosztowały ok. 70 mln zł
  • Reformy sądownictwa, przez które Polska płaciła kary nałożone przez TSUE, a pieniądze z KPO latami leżały zamrożone
  • Lipiec 2017 i łańcuchy światła pod sądami w całym kraju
  • Lex TVN i tłumy w obronie wolnych mediów
  • TVP zamieniona w tubę propagandową
  • Pegasus w telefonach opozycjonistów
  • Afera wizowa
  • Respiratory kupione od handlarza bronią
  • Chaos Polskiego Ładu
  • Strajk nauczycieli w 2019
  • Katastrofa na Odrze, przy której władza tygodniami nie wiedziała, co się dzieje
  • Sprzedaż części Lotosu Saudyjczykom
  • Willa plus i lex Czarnek
  • Długo by wymieniać, bo to i tak nie wszystko.

    Co się PiS-owi udało? Uczciwie: niewiele, ale coś

    Żeby nie było, że tylko krytykuję. PiS-owi udały się w mojej ocenie dwie rzeczy. Pierwsza to kwota wolna od podatku podniesiona do 30 tys. zł. Druga to wyraźny wzrost płacy minimalnej, z 1750 zł w 2015 roku do 3600 zł w 2023 roku. To realne pieniądze w portfelach i należy to oddać.

    Ale już sztandarowe 500 plus, które miało być odpowiedzią na demografię, nic nie dało. Polska nadal się kurczy, wciąż dokładamy do obecnego 800 plus, choć dzietność spada do poziomów, przy których demografowie zamiast "kryzys" mówią "katastrofa".

    Program 500 plus może i okazał się dobrym narzędziem walki z biedą dzieci, ale kiepskim narzędziem polityki ludnościowej. Pieniądze nie zastąpią mieszkań, żłobków i poczucia, że państwo nie wtrąca się w najbardziej intymne decyzje.

    To nie jest też laurka dla obecnego rządu

    Oczywiście Koalicja 15 października również nie jest formacją idealną. Ją też trawią afery – wystarczy przypomnieć jachty i solaria finansowane z KPO czy aferę w warszawskim Szpitalu Południowym. Oczywiście wolałbym, żeby afer w polityce nie było, ale to jest niestety nierealne, a w mojej ocenie afery za czasów Zjednoczonej Prawicy biją na głowę te, których twarzą jest obecny obóz władzy.

    A rozliczenia poprzedników, szumnie zapowiadane przez Donalda Tuska w kampanii wyborczej w 2023 roku? Delikatnie mówiąc: marne. Ziobro miał odpowiadać przed sądem, a udziela wywiadów zza oceanu. Krakowska porażka to nie żółta, a pomarańczowa kartka.

    Obóz rządzący musi się naprawdę postarać, by jesienią 2027 roku nie wylądować w ławach opozycji. I – cytując klasyka – wziąć się mocno do roboty.

    Kłopot w tym, że nie ma alternatywy

    I tu dochodzimy do sedna. Prawdziwym problemem polskiej polityki nie jest ani Tusk, ani Kaczyński. Jest nim pustynia między nimi. Polska 2050 podzieliła los Nowoczesnej i Ruchu Palikota: błysnęła i zgasła. PSL w sondażach regularnie ląduje pod progiem. Lewica balansuje na krawędzi.

    Zostaje Konfederacja. I na samą myśl mam ciarki. Mówimy o ludziach, którzy chcą zarządzać państwem, a nie potrafią rozliczyć budżetu własnej partii. PKW odrzucała sprawozdania Nowej Nadziei, a sąd pierwszej instancji wykreślił ją z ewidencji partii. Konfederacja zaliczyła też wpadkę w Krakowie: jej działacze nie zdołali zebrać trzech tysięcy ważnych podpisów, by w ogóle zarejestrować swojego kandydata na prezydenta miasta. A ich lider publikuje filmik z kpinami z policjantek składających ślubowanie, czyli kobiet, które niedługo będą jeździć na interwencje, być może także w jego obronie.

    A obok czeka jeszcze Grzegorz Braun ze swoją Koroną. Brunatny Braun przy stole, na którym leżą decyzje o Polsce? O zgrozo.

    Byle nie Tusk? A może: byle nie zapomnieć

    Prezes Kaczyński chce, żebyśmy głosowali przeciwko Tuskowi i całej Koalicji 15 października. Rozumiem tę strategię. Najłatwiej zjednoczyć ludzi wspólnym wrogiem, zwłaszcza gdy nie ma się nic nowego do zaproponowania. Ale wybory nie są plebiscytem na jedno nazwisko. To decyzja Polaków, kto przez kolejne cztery lata będzie trzymał w rękach prokuraturę, media publiczne, służby i nasze pieniądze.

    Ja już raz widziałem, jak to wygląda. Dlatego za powrót PiS do władzy grzecznie dziękuję. Byle nie Tusk? Proszę bardzo. Ale najpierw niech ktoś uczciwie nam powie: to kto jest lepszy?