
Jeszcze niedawno Przemysław Czarnek kręcił z politowaniem głową, ubolewając nad losem "rozłamowców" od Mateusza Morawieckiego. Dziś ten sam Czarnek wyciąga do nich rękę i przestrzega przed utratą mandatów. PiS chce się też ratować bezrobotnymi wkrótce wójtami i burmistrzami.
Gdy w sondażach poparcie topnieje do kilkunastu procent, dawne urazy natychmiast idą w niepamięć. Wiceprezes PiS Przemysław Czarnek publicznie kusi posłów Rozwoju Plus Mateusza Morawieckiego, których jeszcze niedawno z żalem i wyższością nazywał zdrajcami jedności prawicy. Jednocześnie partia gorączkowo szuka nowych twarzy w samorządach. W tle jawi się pewna ironia: PiS chce ratować listy ludźmi, których sam pozbawił przyszłości ustawą o dwukadencyjności.
PiS stworzył politycznych bezdomnych, teraz chce nimi łatać sejmowe listy
"Bez ciężkiej pracy nie ma zwycięstwa" – grzmi Przemysław Czarnek i straszy obecnych parlamentarzystów utratą biorących miejsc na rzecz lokalnych gospodarzy. Za groźnymi minami kryje się kalkulacja: zgrane twarze z Wiejskiej nie gwarantują dziś nawet 20 procent poparcia.
Skalę tego tąpnięcia pokazywaliśmy w tekście ujawniającym zaledwie 16,5 proc. wskazań dla PiS. To był wówczas najniższy wynik partii od ostatnich wyborów parlamentarnych.
Przemysław Czarnek w rozmowie z PAP cytowanej przez serwis Wyborcza.pl rozpoczyna polityczne żebractwo, ubrane w hasła o szerokiej liście Zjednoczonej Prawicy.
Ironia dwukadencyjności. Samorządowcy z przymusu, nie z wyboru
Najbardziej symptomatyczny w wystąpieniu Czarnka jest zachwyt nad samorządowcami. Wiceprezes PiS nagle odkrył, że partia potrzebuje "ludzi z wielkimi sukcesami w swoich miastach i gminach", którzy "myślą o tym, jak zmienić swoją rzeczywistość polityczną".
Dlaczego Czarnek musi sięgać po lokalnych włodarzy? Obecna sejmowa reprezentacja PiS jest dla wyborców zużyta. Twarze kojarzące się z aferami, sejmową pyskówką i jałowym oporem w komisjach nie przyciągają już nikogo poza żelaznym, kurczącym się elektoratem. Partia potrzebuje ludzi, którzy w terenie kojarzą się z wybudowaną drogą, szkołą czy wodociągiem, a nie z kolejną awanturą w telewizyjnym studiu.
W tym manewrze kryje się jednak pewien komizm. Ci wójtowie, burmistrzowie i prezydenci wcale nie marzyli o porzuceniu swoich lokalnych księstw na rzecz sejmowej ławy. Zmusza ich do tego zasada dwukadencyjności, którą PiS wprowadziło w 2018 roku z czysto partyjnych pobudek – licząc wówczas na "przewietrzenie" zabetonowanych miast rządzonych przez ludzi związanych z ówczesną opozycją.
Dziś setki zasłużonych samorządowców związanych z prawicą osiągają limit urzędowania i stają przed widmem politycznego bezrobocia. Dosłownie nie mają gdzie się podziać.
Zobacz także
Od "rozłamowców i zdrajców" do "drogich kolegów"
Jeszcze ciekawszy spektakl rozgrywa się wokół relacji z dawnym premierem. Czarnek oświadczył PAP, że jest w pełni otwarty na obecność na listach polityków formacji Rozwój Plus, założonej przez stronników Mateusza Morawieckiego po pęknięciu wewnątrz partii.
Co więcej, w protekcjonalnym tonie poucza dawnych kolegów. "Jestem przekonany, że także u kolegów z Rozwoju Plus (...) dojrzała już myśl, że pójście samodzielnie na wybory w oparciu o 3-5 proc. jest nie tylko utratą szansy na uzyskanie mandatu, ale jest stratą mandatu dla prawicy" – przekonuje Czarnek.
Ta kalkulacja ma mocne oparcie w liczbach. Jak pisaliśmy, po nowym sondażu Tusk i Kaczyński mogą śmiać się Morawieckiemu w twarz. To wyraźne tąpnięcie w stosunku do lata, gdy porażający sondaż dla PiS pokazywał, że Morawiecki zabiera im potężną część wyborców i jego formacja miała 7,8 proc.
Jeszcze niedawno mówił o nich zupełnie inaczej
Warto przypomnieć, jak ten sam Przemysław Czarnek wypowiadał się o ludziach Morawieckiego zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Wówczas deklarował głęboki "smutek i żal" wobec tych, którzy postanowili budować własny byt polityczny. Przypinał im łatkę "rozłamowców", którzy wbijają nóż w plecy obozowi patriotycznemu w najtrudniejszym momencie.
Kategorycznie wykluczał też dalszą jedność w dawnej formule, dając do zrozumienia, że kto opuszcza szeregi pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego, ten stawia się poza nawiasem i nie ma czego szukać przy jednym stole.
Problem Morawieckiego jest zresztą głębszy niż sondaże. Jak wyliczali dziennikarze InnPoland, Morawiecki ma miliony, ale nie kupi sobie partii, i wiadomo, ile musiałby wydać – bez subwencji z budżetu samodzielny projekt jest trudny do utrzymania.
Napinka przed wyborami
Trzeci wątek z wypowiedzi wiceprezesa PiS to otwarte dyscyplinowanie własnego klubu parlamentarnego. Czarnek zapowiedział, że gwarancję miejsc na listach będą mieli wyłącznie ci posłowie, którzy "wykazują się pracowitością w terenie" oraz są "aktywni w mediach społecznościowych".
Zapowiedź wpuszczenia na listy popularnych lokalnie burmistrzów i wójtów to groźba pod adresem sejmowych leni. Obóz, który przez osiem lat bezwzględnie monopolizował scenę polityczną, dziś musi żebrać o porozumienie z ludźmi, których sam nazwał zdrajcami, i rozpaczliwie szukać ratunku u samorządowców, których przed laty zamierzał politycznie wykończyć.
Sam Czarnek też nie jest dla elektoratu oczywistym wyborem. Pokazał to sondaż, w którym namaszczony przez PiS kandydat na premiera wypadł dopiero za Grzegorzem Braunem.






