
Przegrał wybory prezydenckie z Lulą o ponad cztery miliony głosów, miał 24 godziny na oddanie paszportu prokuraturze, więc... po cichu czmychnął prywatnym odrzutowcem na Florydę. Flávio Bolsonaro kontynuuje tradycję klanu: zamiast uznać demokratyczny werdykt i stanąć przed sądem, ogłasza się prawowitym przywódcą narodu i krzyczy o sfałszowanym głosowaniu.
W świecie rodziny Bolsonaro wybory są uczciwe tylko wtedy, gdy wygrywają oni. Kiedy wygrywa lewica – dochodzi do "matematycznej niemożliwości". Flávio Bolsonaro powtórzył manewr swojego skazanego ojca i zbiegł do Stanów Zjednoczonych, by stamtąd budować równoległą rzeczywistość. Na miejscu z otwartymi ramionami powitał go Donald Trump, a brazylijskie służby szykują nakazy aresztowania.
Brazylijska telenowela z Florydą w tle
W rodzinie Bolsonaro nic tak dobrze nie jednoczy pokoleń, jak wiara we własne prawo do władzy, alergia na werdykty wyborcze oraz lęk przed więzienną celą. Podczas gdy senior rodu, były prezydent Jair Bolsonaro, odsiaduje wyrok 27 lat pozbawienia wolności za próbę zorganizowania zamachu stanu po wyborach w 2022 roku, jego najstarszy syn Flávio uznał, że perspektywa dzielenia z ojcem więziennego spacerniaka niezbyt mu odpowiada.
Po tym, jak w niedzielnej drugiej turze wyborów prezydenckich w Brazylii został pokonany przez urzędującego lewicowego przywódcę Luiza Inácio Lulę da Silvę, postanowił zrealizować sprawdzony, rodzinny scenariusz: spakować walizki, zignorować prokuraturę i zwiać na Florydę.
Z bezpiecznego Miami zbiegły senator obwieścił światu, że to on jest "prawowitym przywódcą Brazylii", a wybory przegrane różnicą 4,4 mln głosów były "zamachem stanu" i "matematyczną niemożliwością".
Polskiemu czytelnikowi ten schemat brzmi aż nazbyt znajomo – nie bez powodu o Flávio pisaliśmy, że przegrał wybory i jak Ziobro uciekł do Trumpa, w tle wyprany miliard dolarów.
Zobacz także
Ucieczka w strugach deszczu i pod osłoną parasoli
Po niedzielnej porażce brazylijski Sąd Najwyższy (STF), prowadzący przeciwko Flávio śledztwa korupcyjne, dał mu 24 godziny na zdanie paszportu. Polityk nakaz zignorował, a gdy zegar wybił termin, brazylijskie władze anulowały jego dokumenty i postawiły w stan gotowości straż graniczną. Tyle że Bolsonaro już w kraju nie było.
W środę rano jego samolot wylądował na lotnisku Miami-Opa Locka. Oczekujący fotoreporterzy uwiecznili scenę, w której ochroniarze i współpracownicy próbowali panicznie zasłaniać twarz uciekiniera rozłożonymi parasolami.
Zaraz po wylądowaniu Flávio wydał oświadczenie. "Nie uciekłem z Brazylii. Opuściłem ojczyznę dla dobra Brazylii. Opuściłem reżim wyjątkowy, abym mógł stać się przywódcą, na jakiego zasługuje mój naród" – ogłosił bez cienia zażenowania.
Do ucieczki rywala krótko i bezlitośnie odniósł się prezydent Lula da Silva: "Kto nie ma nic do ukrycia, ten nie ma się czego bać".
Mechanizm znamy z Warszawy. Gdy wiosną Zbigniew Ziobro był oficjalnie poszukiwany, a prokuratura wydała list gończy, były minister sprawiedliwości siedział już bezpiecznie za granicą. Później okazało się, że Ziobro może być poszukiwany przez Interpol – a sam polityk zdążył przenieść się do USA.
Donald Trump wita na pokładzie. "Bardzo dziwne wybory"
Młody Bolsonaro nie trafił do Miami przypadkowo. Na miejscu czekał już na niego młodszy brat, Eduardo Bolsonaro, który od miesięcy przebywa w Teksasie (skazany zaocznie przez brazylijski Sąd Najwyższy za nielegalny lobbing i wzywanie obcych mocarstw do nakładania sankcji na własny kraj).
Przede wszystkim jednak na uciekiniera czekała otwarta brama ze strony Białego Domu. Donald Trump osobiście przyznał przed dziennikarzami, że administracja wydała zbiegowi dokumenty wjazdowe mimo braku ważnego brazylijskiego paszportu.
"Daliśmy mu przepustkę na wjazd do kraju. Nie będę się w to mieszał, ale to były bardzo dziwne wybory, to pewne. Uważam, że on i jego rodzina zostali potraktowani bardzo niesprawiedliwie" – rzucił Trump, stosując dokładnie tę samą śpiewkę o "dziwnych wyborach", którą sam powtarza przy każdej własnej porażce.
Co ciekawe, wynik niedzielnego głosowania został potwierdzony przez prezesa Najwyższego Trybunału Wyborczego Brazylii – sędziego, którego na to stanowisko powołał... sam Jair Bolsonaro.
Amerykański prezydent gra tę samą melodię u siebie. Na kilka dni przed wyborami połówkowymi Donald Trump zaoferował milion dolarów za donos na sąsiada, obiecując nagrodę każdemu, kto doprowadzi do skazania rzekomych fałszerzy wyborczych.
Brazylia miała zresztą okazję poznać twardszą wersję tej polityki. Waszyngton obłożył jej eksport dotkliwymi taryfami, a szerszy obraz tej wojny handlowej opisywaliśmy w analizie Trump, USA, cła, Polska.
Dlaczego naprawdę uciekł? 31 stycznia i 70 milionów z filmu
Za patriotycznym gardłowaniem o "opozycji na uchodźstwie" kryją się prozaiczne powody prawne. Flávio doskonale wiedział, że 31 stycznia 2027 roku oficjalnie wygasa jego 8-letnia kadencja w Senacie, a wraz z nią tarcza ochronna w postaci immunitetu parlamentarnego.
Przed brazylijskim Sądem Najwyższym toczą się przeciwko niemu dwa postępowania karne. Jedno dotyczy prania brudnych pieniędzy, transferów na gigantyczną skalę i wyprowadzania publicznych środków. Drugie śledztwo toczy się w sprawie podejrzanego przepływu prawie 70 milionów dolarów z prywatnego banku Banco Master na produkcję filmu "Dark Horse" – hagiograficznej biografii gloryfikującej jego ojca, Jaira Bolsonaro.
Gdyby Flávio pozostał w Brasílii, początek lutego spędziłby w areszcie śledczym. Wybrał więc drogę ojca, który w grudniu 2022 roku – na kilka dni przed inauguracją Luli i szturmem swoich bojówek na parlament – również zbiegł na Florydę, skąd bezskutecznie próbował sterować buntem. Różnica polega na tym, że senior rodu ostatecznie wrócił i wylądował za kratami na niemal trzy dekady.
Syn najwyraźniej uznał, że rola męczennika zza oceanu, w cieple florydzkich palm i pod parasolem Donalda Trumpa, jest znacznie wygodniejsza niż więzienny wikt w ojczyźnie.






