Pożar na pokładzie Ryanaira
Straż pożarna powitała samolot Ryanaira. Na pokładzie pojawił się ogień Fot. Massimo Todaro/Shutterstock

Podróżowanie samolotami jest bardzo bezpieczne, ale kilkanaście kilometrów nad ziemią czasami dochodzi do niebezpiecznych sytuacji. Jedna z nich miała właśnie miejsce na pokładzie Ryanaira. Samolot na lotnisku witali strażacy, ponieważ w pobliżu fotela jednego z pasażerów pojawił się ogień.

REKLAMA

Widok straży pożarnej na pasie startowym nigdy nie napawa optymizmem. Co prawda może to być tradycyjne powitanie pasażerów pierwszego lotu na danym lotnisku, ale częściej oznacza sytuację awaryjną. W Lizbonie służby zostały postawione w stan gotowości z powodu pożaru, który wybuchł na pokładzie Ryanaira. Wszystkiemu winny był bardzo popularny gadżet, którego używa w zasadzie każdy z nas.

Pożar na pokładzie Ryanaira. Załoga sama poradziła sobie z kryzysem

Niedzielny poranek na lotnisku w Lizbonie należał do bardzo niespokojnych. Około godziny 9:00 rano lądował tam samolot Ryanaira lecący z portu Charleroi pod Brukselą. Załoga Boeinga 737-800 jeszcze przed podejściem do lądowania powiadomiła wieżę o pojawieniu się ognia, stąd obecność wozów strażackich na pasie startowym.

Jak podają portugalskie media, maszyna bezpiecznie wylądowała, a następnie na kilka minut zatrzymała się na pasie. Później już o własnych siłach dotarła na stanowisko postojowe. Co było powodem całego zamieszania? Ogień, do którego najpewniej doprowadził powerbank znajdujący się w bagażu jednego z pasażerów.

Jak informuje Aviação TV, ostatecznie interwencja strażaków nie była konieczna, ponieważ załoga sama poradziła sobie z kryzysem. Personel pokładowy jest szkolony na wypadek takich incydentów: stewardzi wiedzą, że płonące urządzenie należy schłodzić, a następnie zamknąć w specjalnej torbie ognioodpornej, która odcina dopływ tlenu. Dzięki szybkiej i sprawnej akcji uszkodzenia w kabinie okazały się niewielkie. Zniszczeniu uległy wykładzina oraz fotel znajdujący się tuż przed miejscem zdarzenia.

Powerbanki w samolotach to małe bomby. Dlatego objęto je surowymi limitami

Niestety to nie pierwszy raz, kiedy na pokładzie samolotu dochodzi do tak groźnego incydentu wywołanego przez baterię litowo-jonową. Niedawno ogień na pokładzie Lufthansy zmusił kapitana do przerwania rejsu, a w innym przypadku powerbank eksplodował w samolocie lecącym do Szanghaju. Wystarczy mechaniczne uszkodzenie, przegrzanie lub zwarcie, żeby gadżet ratujący nas w podróży zmienił się w niebezpieczne zarzewie ognia, mogące zagrozić całej maszynie. To samo dotyczy domu, dlatego strażacy apelują: nie wychodź z domu podczas ładowania powerbanka.

Właśnie dlatego, zgodnie z wytycznymi Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Lotniczego (EASA), obowiązuje nowy limit w bagażu podręcznym: na pokład można zabrać maksymalnie dwa powerbanki. Dodatkowo pojemność żadnego z nich nie może przekroczyć 100 Wh, czyli ok. 27 tys. mAh. Większe urządzenia wymagają specjalnej zgody przewoźnika lub są całkowicie zakazane.

Co kluczowe, powerbanki należą do rzeczy, których lepiej nie wkładać do walizki – surowo zabronione jest przewożenie ich w bagażu rejestrowanym, który trafia do luku. Wszelkie urządzenia z akumulatorami – laptopy, tablety, telefony, a nawet ładowane szczoteczki do zębów czy golarki – muszą podróżować w kabinie pasażerskiej. Podczas lotu baterie zewnętrzne najlepiej trzymać pod fotelem przed sobą lub pod ręką, a nie w schowku nad głową. Dokładnie taka czujność w samolocie Ryanaira sprawiła, że załoga mogła błyskawicznie zauważyć dym i ugasić pożar w zarodku.