
To była najpilniej strzeżona operacja ostatnich godzin. Podczas gdy uwaga opinii publicznej skupiała się na awanturze wokół sędziów, minister finansów Andrzej Domański dopinał porozumienie ratujące polską walutę. Donald Tusk złożył kontrasygnatę pod wnioskiem prezydenta ws. powołania członków zarządu NBP i Karola Nawrockiego postawił przed faktem dokonanym.
Kiedy Pałac Prezydencki szykował się do frontalnego ataku na premiera za wydarzenia w Trybunale Konstytucyjnym, Donald Tusk wykonał niespodziewany ruch. Na dwie i pół godziny przed posiedzeniem Rady Bezpieczeństwa Narodowego szef rządu złożył podpis pod wnioskiem prezydenta w sprawie zarządu NBP.
Szach-mat przed wejściem do Belwederu. Jedną minę Tusk rozbroił
Wykonując ten gest tuż przed bezpośrednią konfrontacją z Karolem Nawrockim, premier zneutralizował groźbę paraliżu finansowego państwa. Zneutralizował też narrację prawicy o paraliżowaniu tej instytucji. Czy to gest dobrej woli, czy polityczna pułapka?
Podczas posiedzenia rządu premier poinformował, że złożył kontrasygnatę pod wnioskiem prezydenta Karola Nawrockiego o powołanie czterech członków zarządu Narodowego Banku Polskiego. Nominacje Marty Kightley, Ludwika Koteckiego, Przemysława Litwiniuka i Marcina Zarzeckiego zostały przypieczętowane i odesłane do Pałacu Prezydenckiego.
Zobacz także
Spór o obsadę zarządu banku centralnego tlił się od lutego. Zgodnie z Konstytucją członkowie zarządu NBP są powoływani przez prezydenta na wniosek prezesa banku, ale akt ten wymaga kontrasygnaty premiera, który bierze za niego odpowiedzialność przed Sejmem. Tusk przez osiem miesięcy odmawiał podpisu, traktując blokadę jako element presji na Adama Glapińskiego (w tle wciąż wisi pytanie, czy Glapiński trafi przed Trybunał Stanu). Nawrocki w październiku ponowił wniosek, ale i on zderzył się ze ścianą.
W międzyczasie pojawiły się medialne doniesienia, że w poniedziałek 2 listopada minister finansów i gospodarki Andrzej Domański udał się z nieoficjalną wizytą do siedziby NBP na bezpośrednie spotkanie z Adamem Glapińskim. To tam miały zostać dogadane warunki rozejmu. Minister zarekomendował premierowi złożenie podpisu, a Tusk wprowadził ten plan w życie. To ciekawy zwrot, bo jeszcze niedawno pisano, że Tusk stawia minę metodą "na Domańskiego" pod prezydentem.
Dlaczego Tusk ustąpił akurat teraz? Widmo paraliżu złotego
W środę, 4 listopada, kończy się kadencja Adama Lipińskiego – drugiego wiceprezesa NBP i dawnego barona PiS. Ponieważ kadencja Marty Kightley wygasła już w marcu, od środy zarząd NBP liczyłby zaledwie pięciu członków poza prezesem. Nic dziwnego, że prognozowano, iż od 4 listopada nowa wojna między Nawrockim a Sejmem rozgorzeje na dobre.
Tymczasem art. 17 ustawy o NBP mówi jasno: zarząd banku centralnego składa się z prezesa oraz od 6 do 8 członków. Odejście Lipińskiego oznaczałoby dekapitację konstytucyjnego organu – zarząd liczyłby mniej osób, niż wynosi ustawowe minimum.
We wtorek RPP rozpoczęła posiedzenie, a w środę ogłosi kluczową decyzję w sprawie stóp procentowych. Za wdrażanie decyzji RPP oraz prowadzenie operacji otwartego rynku odpowiada zarząd. Niepełny skład postawiłby pod znakiem zapytania legalność wykonania uchwał Rady.
Zarząd NBP odpowiada za interwencje walutowe. W sytuacji wojny na Bliskim Wschodzie i wahań kursu złotego prawny paraliż zarządu mógłby wywołać panikę na rynku walutowym i gwałtowny spadek wartości polskiej waluty. Już wcześniej złoty dostał rykoszetem przez sytuację na Bliskim Wschodzie.
W najbliższych dniach międzynarodowe agencje mają dokonać przeglądu wiarygodności kredytowej Polski. Widmo wojny instytucjonalnej wewnątrz banku centralnego natychmiast przełożyłoby się na obniżenie perspektywy ratingowej i wzrost kosztów obsługi długu publicznego.






