W Kołobrzegu bursztyn zaplątał się w sieć rybacką
Skarb Bałtyku zaplątany w sieci rybackiej w Kołobrzegu. Takie rzeczy zdarzają się wyjątkowo rzadko Fot. FotoDax/Shutterstock

Polski Bałtyk skrywa wiele tajemnic, dlatego warto odwiedzać go nie tylko latem. Podczas gdy w wakacje na plażach rządzą parawany i tłumy wczasowiczów, w listopadzie można cieszyć się ciszą i kojącym spokojem. To właśnie teraz woda potrafi wyrzucać na brzeg największe morskie skarby, a jeden z nich zaplątał się w sieć rybacką.

REKLAMA

Złoto Bałtyku to nic innego jak bursztyn. Zastygła żywica stała się prawdziwym skarbem i polskim dobrem narodowym. Inkluzje, czyli bryłki z uwięzionymi w środku prehistorycznymi owadami, potrafią osiągać ceny rzędu dziesiątek tysięcy złotych. Ogromne wrażenie robią także gigantyczne okazy. Jeden z nich wraz z siecią wyciągnęli z morza rybacy.

Złoto Bałtyku wydobyte przypadkiem w Kołobrzegu

O znalezieniu bursztynu marzy w zasadzie każdy turysta odwiedzający polskie wybrzeże. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę, że najlepsze warunki do poszukiwań panują nie latem, a właśnie jesienią i zimą, kiedy morze jest najbardziej wzburzone. Sztormy sprawiają, że bryły są niesione przez fale w stronę lądu, a poszukiwacze bursztynu wylegają wtedy na bałtyckie plaże. Kawałek, który trafił w ręce rybaków w Kołobrzegu, waży ok. 150 gramów. W świecie bursztyniarzy to absolutna ekstraklasa.

W rozmowie z PAP opublikowanej w mediach społecznościowych znalazca wprost stwierdził, że trafienie takiego okazu w sieci graniczyło z cudem. – Mieliśmy wielkie szczęście, że wpadł nam w sieci – opowiedział jeden z rybaków. I trudno się dziwić. Bursztyny o takich gabarytach nie leżą masowo na plażach. Rybak przyznał, że podobne okazy trafiają się podczas połowów, ale dochodzi do tego raz na kilkanaście lat.

Największe bursztyny rzadko trafiają na brzeg Bałtyku

Choć nasze morze od wieków słynie ze swoich bursztynowych bogactw, a polskie wybrzeże uchodzi za mekkę poszukiwaczy złota Bałtyku, masowy turysta rzadko ma szansę natknąć się na coś więcej niż drobne okruchy wielkości paznokcia.

Większe szanse przynoszą jesienne i zimowe sztormy, kiedy to morze wyrzuca na brzeg swoje skarby razem ze zwałami morskich wodorostów. To właśnie w nich bywają zaplątane nieco większe bryłki. Żeby je znaleźć, warto zaopatrzyć się w latarkę ze światłem UV. Oświetlone nią bursztyny zyskują charakterystyczną, seledynowo-neonową poświatę, dzięki czemu można je błyskawicznie odróżnić od zwykłych kamieni. W warunkach domowych jest na to sposób z solą.

Kołobrzeskie znalezisko przypomina jednak, że prawdziwe skarby wciąż kryją się w głębi Bałtyku, z dala od turystycznego zgiełku i parawanów. 150-gramowy okaz to nie tylko unikalna ciekawostka przyrodnicza, ale też łup o sporej wartości kolekcjonerskiej i rynkowej. Dla samych znalazców największą wartością pozostaje bez wątpienia emocja i unikalność chwili, kiedy na pokładzie niespodziewanie pojawił się taki skarb.

Bałtyk wciąż potrafi zaskoczyć – bursztynowa gorączka trwa

W dobie, gdy nadmorskie kurorty kojarzą się głównie z komercją, betonowaniem wybrzeża i walką o skrawek piasku na rozbicie parawanu – a nad Bałtykiem parawaniarze królują nawet poza sezonem – takie historie przywracają Bałtykowi jego dziki, nieprzewidywalny charakter. Morze raz na jakiś czas odsłania karty i przypomina, że skrywa tajemnice, z którymi komercyjne atrakcje po prostu nie mogą się równać.

Kto wie – może kolejny sztorm lub kolejne sieci zarzucone w kołobrzeskich wodach przyniosą równie spektakularną niespodziankę? Jedno jest pewne: bursztynowa gorączka wciąż trwa, a Bałtyk udowadnia, że potrafi zachwycać o każdej porze roku.