
– Kiedy otrzymuje się takie wiadomości, człowiek próbuje sobie tłumaczyć, że to po prostu puste słowa ludzi chorych z nienawiści. Mniej boję się tego, kto wypowiada te groźby, niż kogoś w kryzysie psychicznym, kto to przeczyta i nie będzie w stanie właściwie ocenić sytuacji. Mam jednak największy żal do tych, którzy powinni egzekwować prawo – mówi naTemat Arkadiusz Chęciński, prezydent Sosnowca, któremu właśnie grożono śmiercią.
Aleksandra Tchórzewska: Kiedy rano pan prezydent nie odbierał telefonu, pomyślałam, że może jest pan właśnie na policji i składa zeznania w związku z tym, co się stało.
Arkadiusz Chęciński, prezydent Sosnowca: Nie. To tak nie działa.
Ale zgłosił pan tę sprawę?
Oczywiście, zawsze kierujemy takie sprawy do organów ścigania. Ten telefon był z numeru zastrzeżonego, czyli numer nie wyświetlił się na ekranie. Myślę jednak, że gdyby ktoś chciał, jest w stanie dotrzeć do osoby, która dzwoniła. Chciałbym, żeby tak się stało. Nie chodzi tu o żaden rewanż ani nic podobnego, tylko o to, że nieuchronność kary łagodzi obyczaje.
Co to konkretnie był za telefon?
Dzwonił mężczyzna. Trudno mi dokładnie odtworzyć, co powiedział, bo nawet pani z sekretariatu, która odebrała telefon, była w lekkim szoku i później nie potrafiła przytoczyć wszystkiego słowo w słowo.
Z tego, co wiem, mężczyzna nawiązał do śmierci posła Łukasza Litewki. Powiedział, żebyśmy pamiętali o tym, co się stało, i przekazał, że w najbliższym czasie zostanę zastrzelony. Kazał "przekazać to prezydentowi".
Dowiedział się pan, że zostanie zastrzelony?
Tak. Takie rzeczy niestety już się zdarzały.
Że ktoś do dzwoni na sekretariat i grozi panu śmiercią?
Przez telefon to akurat pierwszy raz. Pamiętam jednak, że kilka lat temu jedna osoba dostała nawet za groźby wyrok.
Inna sprawa również została zakończona – człowiek, który mi groził, uciekał się do poetyckich metafor i chciał "zrobić z moich oczu korale". On wtedy przebywał w więzieniu, o ile dobrze pamiętam, za zab**stwo. Później popełnił samo**jstwo. Miał więc wówczas bardzo poważne problemy.
Dostanie pan ochronę?
Nie, chyba nie.
Jak pan się dziś czuje?
W pierwszej chwili pojawiła się myśl, że coś złego może się wydarzyć. Ale dzisiaj zwyczajnie wstałem i poszedłem do pracy. Pędzimy, tyle rzeczy się dzieje, że chyba po prostu wypieramy pewne sprawy. Nawet niewiele się nad tym jeszcze zastanawiałem.
Mam wrażenie, że jest pan dość zdystansowany. Ma pan już taką odporność psychiczną, czy doszedł pan do etapu, na którym właściwie nic nie jest w stanie pana zdziwić ani zszokować?
To, co dzieje się dzisiaj w Polsce, jest bardzo niepokojące. Chodzi o to, jak ludzie się zachowują, co mówią w telewizji niektórzy "dziennikarze", czy jak zachowują się uczestnicy protestów, gdy dochodzi do ataków na policjantów.
Okazuje się, że chyba coraz mniejsze pretensje powinniśmy mieć do tych, którzy tak postępują, a większe do organów, które powinny reagować: od policji, przez prokuraturę, po sądy. Bo tu leży problem. Jeżeli ludzie wiedzą, że są bezkarni, robią wszystko, co chcą. Agresja – nie tylko słowna – narasta, bo wiedzą, że nic im nie grozi.
W normalnym państwie grożenie premierowi czy prezydentowi i obrażanie ich, niezależnie od formy i miejsca, powinno natychmiast podlegać karze. A u nas nierzadko jeszcze takich ludzi się broni: tłumaczy się, że to emocje, że nie można tak ostro reagować.
Nie może być jednak przyzwolenia na bezkarność, kiedy atakuje się i wyzywa przedstawicieli jakiejkolwiek strony politycznej. Nie będę tego oceniał pod tym kątem, bo takie sytuacje zdarzają się po obu stronach, są zresztą bardzo podobne, a brak reakcji tylko zachęca do kolejnych takich zachowań.
Kiedyś tak nie było?
Nie wyobrażam sobie, żebym kiedyś, będąc dużo młodszym, idąc na mecz czy gdziekolwiek indziej, powiedział policjantowi prosto w twarz, że jest "psem" – a to i tak delikatne określenie – czy użył innych obelg. Wiedziałem, że dostanę pałą i zaraz mnie zabiorą na komisariat. Dzisiaj ludzie wprost, często niestety także starsi, wyzywają policjantów, którzy po prostu wykonują swoje obowiązki. I nikt nie reaguje, łącznie z samymi funkcjonariuszami.
To jest dzisiaj nasz główny problem: przyzwolenie ze strony tych, którzy jako pierwsi powinni reagować i wyciągać konsekwencje. Myślę, że to musi się jak najszybciej zmienić.
W mediach społecznościowych napisał pan: "Groźby mnie nie zastraszą. Nie zamknę się w czterech ścianach".
Nie zamierzam zmieniać sposobu swojego postępowania, trybu życia ani się ukrywać. Jestem w swoim mieście, które uwielbiam. Lubię po nim chodzić, uczestniczyć przede wszystkim w imprezach sportowych, ale też w innych wydarzeniach, spotykać się z ludźmi.
Nie mam zamiaru tego zmieniać.
Kiedy otrzymuje się takie wiadomości, cały czas próbuje się sobie tłumaczyć, że to po prostu puste słowa ludzi chorych z nienawiści. I znowu wrócę do tego, o czym mówiłem wcześniej: mam największy żal do tych, którzy powinni egzekwować prawo. Przecież ci ludzie najczęściej kierują się chęcią zrobienia komuś na złość, przestraszenia go czy zastraszenia.
Nie zdają sobie jednak sprawy, że takie treści czytają także osoby znajdujące się w różnych kryzysach, mające problemy emocjonalne i inne trudności. I to jest moim zdaniem znacznie większy problem. Mniej bałbym się nawet tego, który wypowiada takie słowa, niż tego, który je czyta, słucha ich i sam zmaga się z problemami, przez co nie jest w stanie właściwie ocenić sytuacji.
Ciąg dalszy wywiadu poniżej
Zobacz także
Przecież mieliśmy przykład z Sosnowca, gdzie w urzędzie zaatakowana została kobieta – mężczyzna groził jej nożem. Tak naprawdę bez powodu: urzędniczka po prostu zajmowała się sprawą do rozwiązania, jak każdy z nas ma czasem swoje problemy. Emocje wzięły jednak górę. Być może ten człowiek coś wcześniej przeczytał o urzędnikach, może ktoś mu coś nagadał. Jestem przekonany, że później tego żałował – pamiętam, co mówili mi po zatrzymaniu ludzie, którzy brali w nim udział.
Mogło jednak dojść do czegoś znacznie poważniejszego, do czegoś nieodwracalnego. To, co ten człowiek przeczytał, zobaczył i usłyszał, bez wątpienia spotęgowało jego zachowanie.
Ale pan też ma bliskich, którzy mogą czuć się w tej sytuacji źle. Rozmawialiście o tym?
Staramy się żyć normalnie i nie zajmować się tym, co dzieje się wokół nas w tej sprawie. Człowiek chyba by zwariował, gdyby w domu miał jeszcze rozmawiać o pracy, problemach i wszystkim, co gdzieś się pojawia.
Zdecydował się pan jednak opisać tę sytuację. Pana post dotarł do bardzo wielu osób.
Człowiek cały czas się łudzi i ma nadzieję, że jeśli powie: "Nie rób tego", ktoś go posłucha. Wciąż wierzę, że może jedna, może dwie osoby dzięki temu zrezygnują z takich zachowań. A to może uratować czyjeś życie albo pozytywnie wpłynąć na czyjś stan psychiczny.
Uważam, że o takich rzeczach powinno się mówić, ludzie powinni o nich wiedzieć. I może ci, którzy dopuszczają się takich czynów – choć tak jak mówię, cały czas się łudzę – po prostu nie do końca zdają sobie sprawę z ich konsekwencji.
Wierzę w to, co śpiewał Niemen: że ludzi dobrej woli jest więcej. I wierzę, że przyjdzie taki moment, kiedy wrócimy do normalności.





