szkoła
"Listopadówka" doprowadza rodziców do szału. Jedno dziecko w domu, drugie w szkole Fot. Max Fischer / Pexels

Wystarczyło, że Narodowe Święto Niepodległości wypadło w środku tygodnia, by polski system edukacji zafundował pracującym opiekunom logistyczny armagedon. Rodzice wychowujący dzieci w różnych placówkach muszą zmierzyć się z absurdem, w którym jedno ma wolne przed 11 listopada, a drugie po nim.

REKLAMA

Ledwo minął początek listopada i przerwa na Wszystkich Świętych, a polskie rodziny zderzyły się z kolejną falą masowego zamykania klas. Święto 11 listopada w środę stało się dla części dyrektorów pretekstem do zrobienia sobie niemal tygodniowych wakacji. Inni twardo robią jeden dzień wolnego. Mechanizm dni wolnych od lekcji zamienił się w instytucjonalny bajzel.

Szkoły zamykają sale, rodzice liczą dni urlopu. Koszmarne skutki kalendarzowej ruletki wokół 11 listopada

11 listopada przypada w środę, a każda placówka układa plan tego tygodnia według własnego uznania – a właśnie taki układ przewidywał nowy kalendarz roku szkolnego 2026/2027. W jednych placówkach dzwonki milkną na początku tygodnia, w innych na jego końcu, a w nielicznych lekcje trwają normalnie. Efekt? W wielu polskich domach zamiast patriotycznego uniesienia dominuje irytacja.

Dyrekcja jednej szkoły dochodzi do wniosku, że dni dyrektorskie najlepiej wykorzystać w poniedziałek i wtorek. W tym samym czasie pobliska druga szkoła postanawia zrobić dokładnie na odwrót, ustanawiając wolne w czwartek i piątek – to dla jej uczniów kolejne 2 dni wolne od szkoły w listopadzie. A inna robi wolne tylko w święto, bo na przykład dała wolne uczniom 2 listopada albo urządziła długi weekend w środku października.

Wyobraź sobie teraz, że masz dwójkę dzieci chodzących do dwóch szkół z różnym układem wolnego. Przestaje być śmiesznie. Żeby spiąć grafiki swoich dzieci, dorośli muszą brać urlopy wypoczynkowe, kombinować ze zwolnieniami lub ściągać z drugiego końca kraju dziadków. Sprawa dotyka elementarnej przewidywalności życia rodzinnego.

Dni dyrektorskie: kto i jak decyduje o braku lekcji?

W szkołach podstawowych dyrektor ma do dyspozycji maksymalnie 8 dni dodatkowo wolnych od zajęć dydaktyczno-wychowawczych. W liceach i technikach pula ta wynosi nawet do 10 dni w roku szkolnym. Decyzja wymaga jednak zasięgnięcia opinii rady szkoły, rady pedagogicznej, a czasem również rady rodziców i samorządu uczniowskiego. W praktyce decydujące zdanie ma kierownictwo szkoły.

Głównym przeznaczeniem tych dni miała być bezpieczna i spokojna organizacja państwowych egzaminów – ósmoklasisty czy matur oraz wyjść na rekolekcje. Kiedy jednak po odliczeniu sesji egzaminacyjnych w puli zostają wolne terminy, dyrekcje zaczynają uprawiać kalendarzowe łatanie dziur, dokładając wolne do Wszystkich Świętych (stąd coroczne pytanie, czy 2 listopada jest wolne), majówki, Bożego Ciała, czy właśnie listopadowego Święta Niepodległości.

Fikcja świetlicy i syndrom pustych korytarzy w dni dyrektorskie

Szkoły zasłaniają się argumentem formalnym: dzień dyrektorski to nie dzień zamknięcia placówki, lecz dzień bez lekcji. Dyrekcja ma obowiązek zapewnienia zajęć opiekuńczo-wychowawczych w świetlicy dla każdego zgłoszonego ucznia.

W rzeczywistości bywa to iluzja. Kiedy w całej klasie na zajęcia przychodzi dwójka lub trójka dzieci, szkoła zamienia się w pustynię. Jedne dzieci siedzą dzień w niemal pustej szkole, inne odpoczywają w domach.

Dla najmłodszych to sygnał, że zostali w szkole za karę, ponieważ ich opiekunowie nie mogli pozwolić sobie na wzięcie wolnego w pracy. Trudno się dziwić, że większość rodziców woli stanąć na rzęsach, niż skazywać dziecko na wielogodzinne wegetowanie w pustym budynku.

Błędne koło. Zmęczeni nauczyciele, zagonieni rodzice

Argumentacja dyrektorów broniących seryjnego rozdawania wolnego opiera się na dwóch zjawiskach. Początek listopada to moment, w którym zarówno kadra pedagogiczna, jak i przemęczeni natłokiem sprawdzianów uczniowie potrzebują chwili wytchnienia w połowie długiego pierwszego semestru.

A z drugiej strony: gdyby szkoła pracowała normalnie w dniach otaczających środowe święto, frekwencja w wielu klasach i tak spadłaby do kilkunastu procent. Rodzice masowo zabierają dzieci na przedłużone wyjazdy (dorosłym długi weekend w listopadzie daje nawet 9 dni wolnego za 4 dni urlopu), stawiając nauczycieli przed faktem dokonanym – lekcje dla pięciu osób w klasie mijają się z celem dydaktycznym.

Powstaje klasyczne błędne koło. Szkoła odwołuje lekcje, bo zakłada, że uczniowie i tak nie przyjdą. Rodzice wywożą dzieci, bo szkoła nie prowadzi normalnych zajęć.

Materiału nie ubywa. Listopadowe wolne a przeładowana podstawa programowa

W tym całym organizacyjnym chaosie kompletnie umyka kwestia najważniejsza: edukacja. Rok szkolny w polskich podstawówkach liczy obecnie około 185 dni całkowicie wolnych od zajęć lekcyjnych, wliczając w to weekendy, ferie, wakacje i przerwy świąteczne. W liceach i technikach to nawet 187 dni. Tymczasem przeładowana podstawa programowa pozostaje nienaruszona.

Godziny lekcyjne, które wypadają w listopadzie, nie znikają z wymagań egzaminacyjnych. Oznacza to, że po powrocie z "listopadówki" tempo nauki drastycznie wzrośnie. Nauczyciele, goniąc terminy przed wystawieniem ocen śródrocznych, zaczną upychać zaległe sprawdziany, kartkówki i nowe partie materiału dzień po dniu.