
Ewa Kopacz na 100 dni swojego rządu obiecała, że jeszcze w tej kadencji posłowie zajmą się projektem ustawy o związkach partnerskich. Ale politycy PO już tyle razy obiecywali uregulowanie statusu nieformalnych par, że trzeba być nie lada naiwniakiem, żeby i tym razem "kupić" tę obietnicę.
REKLAMA
Pierwsze 100 dni rządzenia to dla Ewy Kopacz czas nauki i gaszenia wizerunkowych pożarów, głównie wywołanych przez nią samą. Jednak na pierwszej od dawna konferencji prasowej poza reformą górnictwa zapowiedziała, kolejną próbę wprowadzenia związków partnerskich. – Projekt jeszcze do końca kadencji pojawi się na sali obrad – powiedziała Kopacz. Dodała, że ona sama głosowała za tym, aby odrzucony niedawno projekt był dalej procedowany.
Śliski temat
Szefowa rządu nie powiedziała, jaki będzie efekt tego “pojawienia się na sali obrad”, ale dotychczas politycy właściwie zupełnie unikali rozmów o związkach. Chyba taki plan miała też Kopacz, bo nie poruszyła sprawy w zasadniczej części przemówienia, ale dopiero po pytaniu Katarzyny Kolendy-Zaleskiej.
Szefowa rządu nie powiedziała, jaki będzie efekt tego “pojawienia się na sali obrad”, ale dotychczas politycy właściwie zupełnie unikali rozmów o związkach. Chyba taki plan miała też Kopacz, bo nie poruszyła sprawy w zasadniczej części przemówienia, ale dopiero po pytaniu Katarzyny Kolendy-Zaleskiej.
To pokazuje jak niewygodnym tematem jest dla rządzącej koalicji sprawa związków. Już w czerwcu 2012 roku projekty ustaw autorstwa SLD i Twojego Ruchu zostały odrzucone w komisji ustawodawczej. Oficjalnie z powodu niezgodności z konstytucją, o co pytał znacznie dziś silniejszy w PO Cezary Grabarczyk. Wtedy jednak projekt nie wzbudził takich emocji w partii.
Tusk na tarczy
Dlatego Donald Tusk odpuścił temat, przedkładając jedność partii nad głosy liberałów i lewicy. – W tej kadencji Sejmu nie ma szans na uchwalenie ustawy o związkach partnerskich – mówił w lipcu 2012 roku Grzegorz Schetyna.
Dlatego Donald Tusk odpuścił temat, przedkładając jedność partii nad głosy liberałów i lewicy. – W tej kadencji Sejmu nie ma szans na uchwalenie ustawy o związkach partnerskich – mówił w lipcu 2012 roku Grzegorz Schetyna.
Zaczęły się więc pojawiać propozycje, by nie przyjmować nowej ustawy, a jedynie znowelizować przepisy tak, by nieformalnym parom żyło się łatwiej. Temat znów ucichł.
O krok od katastrofy
Ponad pół roku później jednak wrócił i to jak. Platforma Obywatelska niemal się rozpadła, kiedy Sejm zajmował się sprawą "na sali obrad" (cytując premier Kopacz). Wtedy, w styczniu 2013 roku, rozbłysnęły gwiazdy konserwatystów: Jarosława Gowina (wtedy ministra sprawiedliwości), Johna Godsona i Jacka Żalka. Dzisiaj wszyscy są poza partią.
Ponad pół roku później jednak wrócił i to jak. Platforma Obywatelska niemal się rozpadła, kiedy Sejm zajmował się sprawą "na sali obrad" (cytując premier Kopacz). Wtedy, w styczniu 2013 roku, rozbłysnęły gwiazdy konserwatystów: Jarosława Gowina (wtedy ministra sprawiedliwości), Johna Godsona i Jacka Żalka. Dzisiaj wszyscy są poza partią.
To wtedy po raz pierwszy debatowano o tej sprawie z takimi emocjami: Krystyna Pawłowicz nazwała związki jednopłciowe "jałowymi", a Robert Biedroń nawoływał, by umożliwić wszystkim obywatelom godne życie. Ostatecznie Sejm odrzucił wszystkie trzy projekty: SLD, Twojego Ruchu i Platformy Obywatelskiej, choć premier Donald Tusk deklarował poparcie dla kontynuacji prac. Ale musiał ulec silnej frakcji konserwatywnej - okazało się, że liczy ona niemal 50 osób.
Coraz głośniej
Poza wspomnianymi trzema krzyżowcami należeli (i nadal należą) do niej prominentni politycy PO: Andrzej Biernat (dzisiaj sekretarz generalny partii), Ireneusz Raś czy Marek Biernacki. Jerzy Borowczak przewidywał wtedy nawet, że PO po prostu się rozpadnie.
Poza wspomnianymi trzema krzyżowcami należeli (i nadal należą) do niej prominentni politycy PO: Andrzej Biernat (dzisiaj sekretarz generalny partii), Ireneusz Raś czy Marek Biernacki. Jerzy Borowczak przewidywał wtedy nawet, że PO po prostu się rozpadnie.
Z drugiej strony dzięki temu głosowaniu temat po raz pierwszy pojawił się tak mocno w debacie publicznej, wcześniej był niezauważalny, choć pierwsze próby prawnej regulacji związków partnerskich w polskim parlamencie miały miejsce już w 2004 roku. Dlatego po niemal dekadzie głośna dyskusja pomagała sprawie, choć była bolesna. Pisałem wtedy w naTemat, że czas działa na korzyść lewicy.
Pierwsze podejście Kopacz...
I choć Donald Tusk zastrzegał, że nie chce prowadzić "salonowej rewolucji obyczajowej", deklarował otwartość na dyskusję i sprzeciwiał się odrzucaniu ustaw w pierwszym czytaniu. Pojawiały się kolejne propozycje, niektóre dość karkołomne. Ale Donald Tusk nie miał już okazji pokazać swojej determinacji w nakłanianiu koleżanek i kolegów z partii do głosowania za związkami.
I choć Donald Tusk zastrzegał, że nie chce prowadzić "salonowej rewolucji obyczajowej", deklarował otwartość na dyskusję i sprzeciwiał się odrzucaniu ustaw w pierwszym czytaniu. Pojawiały się kolejne propozycje, niektóre dość karkołomne. Ale Donald Tusk nie miał już okazji pokazać swojej determinacji w nakłanianiu koleżanek i kolegów z partii do głosowania za związkami.
Kolejny raz Sejm zajął się związkami w połowie grudnia 2014 roku, kiedy Tusk był już pochłonięty sprawami Unii Europejskiej. Wcześniej powołana przez niego pełnomocnik ds. równouprawnienia przyznała, że w tej kadencji trudno będzie przeforsować prawo ułatwiające życie nieformalnym parom. Tym samym rozzłościła środowisko lewicowych działaczek, z którego sama się wywodzi.
...nieudane
Ewa Kopacz, podobnie jak wcześniej Tusk, nie zdecydowała się na wprowadzenie dyscypliny partyjnej w głosowaniu, i to wcale nie nad przyjęciem ustawy czy skierowaniem jej do dalszych prac, ale nad wprowadzeniem do porządku obrad debaty na ten temat. To pokazuje jak bardzo zamknięci na dyskusję są politycy prawicy. Nie brakuje ich też w PO, bo tym razem grupa konserwatystów w partii rządzącej liczyła niemal 60 osób.
Ewa Kopacz, podobnie jak wcześniej Tusk, nie zdecydowała się na wprowadzenie dyscypliny partyjnej w głosowaniu, i to wcale nie nad przyjęciem ustawy czy skierowaniem jej do dalszych prac, ale nad wprowadzeniem do porządku obrad debaty na ten temat. To pokazuje jak bardzo zamknięci na dyskusję są politycy prawicy. Nie brakuje ich też w PO, bo tym razem grupa konserwatystów w partii rządzącej liczyła niemal 60 osób.
To tylko pokazuje, jak naiwne były oczekiwania, że Ewa Kopacz zrobi to, co przez siedem lat nie udało się Donaldowi Tuskowi. Jest wręcz odwrotnie, bo nie zmienił się znacząco skład Sejmu ani klubu PO, a Kopacz jest słabszym przywódcą niż Tusk. Jak w sytuacji, gdy jest niepewna swojej pozycji, może przepchnąć związki wbrew swojej partii?
Bliżej Kościoła...
Tym bardziej, że ostatnio Platforma zbliża się do Kościoła i jest znacznie bardziej uległa niż Tusk, który w młodości był zaciekłym antyklerykałem. Ślub kościelny wziął dopiero w 2005 roku, kiedy startował na prezydenta. Na jednej z partyjnych konwencji mówił, że Platforma nie będzie klękała przed biskupami, zabrał się nawet do likwidacji Funduszu Kościelnego.
Tym bardziej, że ostatnio Platforma zbliża się do Kościoła i jest znacznie bardziej uległa niż Tusk, który w młodości był zaciekłym antyklerykałem. Ślub kościelny wziął dopiero w 2005 roku, kiedy startował na prezydenta. Na jednej z partyjnych konwencji mówił, że Platforma nie będzie klękała przed biskupami, zabrał się nawet do likwidacji Funduszu Kościelnego.
Kiedy zabrakło Tuska, rząd stracił do tego zapał i utrzymał finansowanie Kościoła na 2015 rok, choć rozwiązania prowizoryczne bywają najbardziej trwałe. Do tego koalicja na wniosek PSL dorzuciła 16 mln zł na muzeum przy Świątyni Opatrzności Bożej. Bo nie tylko PO jest ostoją konserwatyzmu w rządzie.
...i bliżej wyborów
Przeciwne związkom partnerskim jest też PSL, które Janusz Piechociński nieustannie nazywa partią chrześcijańską i konserwatywną. I nie zmieni tego przyjęcie do partii kilku uciekinierów od Janusza Palikota. Zwolennikiem związków partnerskich nie jest też prezydent Bronisław Komorowski.
Przeciwne związkom partnerskim jest też PSL, które Janusz Piechociński nieustannie nazywa partią chrześcijańską i konserwatywną. I nie zmieni tego przyjęcie do partii kilku uciekinierów od Janusza Palikota. Zwolennikiem związków partnerskich nie jest też prezydent Bronisław Komorowski.
Przed wyborami ani Kopacz, ani Komorowski nie będą chcieli narazić się konserwatystom. Bo krzyk Krystyny Pawłowicz, Jacka Żalka czy Artura Górskiego jest znacznie bardziej donośny niż apele Roberta Biedronia, Małgorzaty Fuszary czy Agnieszki Holland. Dlatego w zapewnienia Ewy Kopacz po prostu nie wierzę.
