
Co trzeci mieszkaniec polskich miast wojewódzkich rozważa przeprowadzkę na wieś lub do mniejszej miejscowości. Największą skłonność do ucieczki z miasta deklarują mieszkańcy Gdańska, Kielc i Zielonej Góry. Kuszą ich nie tylko spokój i bliskość natury, ale również ceny domów. Problem w tym, że szybki napływ nowych mieszkańców stawia przed lokalnymi gminami poważne wyzwania, a idylla błyskawicznie może zmienić się na powrót w miejski koszmar.
Jak wynika z raportu "To my. Lokalnie 2026", który został przygotowany przez Nieruchomosci-online.pl we współpracy z Instytutem Rozwoju Miast i Regionów (IMiR), najbardziej chętni do przeprowadzki na prowincję są mieszkańcy Gdańska (44 proc.), Kielc (39 proc.), Zielonej Góry (37 proc.) i Poznania (36 proc.). Na przeciwnym biegunie są mieszkańcy Białegostoku, Lublina i Szczecina – wolę przeprowadzki w każdym z tych miast zgłaszało 23 proc. badanych.
Duże zróżnicowanie występuje w przypadku największych miast:
- w Warszawie o wyprowadzce myśli 25 proc. badanych,
- w Krakowie miejskiego zgiełku dość ma aż 32 proc. badanych,
- we Wrocławiu zamieszkanie poza miastem rozważa 27 proc. uczestników badania.
Oznacza to, jak twierdzi Anna Zachara-Widła, badaczka zachowań konsumenckich w portalu Nieruchomosci-online.pl, że wyprowadzka na wieś nie jest niszowym marzeniem mieszkańców największych miast. Jak podkreśla ekspertka, taki krok rozważa w tej chwili 33 proc. badanych, którzy na co dzień mieszkają w miastach wojewódzkich.
Dlaczego Polacy uciekają na wieś? Taniej, łatwiej i wygodniej
Jednym z kluczowych czynników wpływających na chęć wyprowadzki jest aspekt finansowy. Ceny nieruchomości w dużych miastach potrafią być znacznie wyższe niż w tzw. sypialniach. W aglomeracjach stawki za metr kwadratowy potrafią być nawet do 45 proc. wyższe. Choć warto zaznaczyć, że w tym zakresie zróżnicowanie geograficzne jest bardzo silne – np. w przypadku Warszawy ceny za metr kwadratowy są zaledwie o 16 proc. wyższe niż w okolicznych miejscowościach.
Nie tylko czynnik finansowy odgrywa tu ważną rolę. Nie mniej ważna jest także zmiana trybu pracy. Osoby pracujące w trybie hybrydowym lub zdalnym mogą pozwolić sobie na zmianę miejsca zamieszkania bez rezygnacji z kluczowej korzyści dużych ośrodków miejskich – rozległego rynku pracy. Mobilności sprzyja także wzrost liczebności pojazdów i rozwój kluczowej infrastruktury drogowej. Po Polsce podróżuje się łatwiej, w wielu mniejszych miejscowościach dostępność usług stoi na coraz wyższym poziomie, a w codziennej logistyce poza miastem pomaga prężnie działający e-commerce. Z raportu "To my. Lokalnie 2026" wynika, że mieszkańcy miast kierują się również nieco mniej pragmatycznymi przesłankami – ciszą, kontaktem z zielenią i spokojem.
Eksplozja demograficzna w podmiejskich gminach ma też negatywne strony
Migracja z miast do mniejszych ośrodków to wyzwanie nie tylko dla ekspatów, ale także dla lokalnych władz. Istnieje szereg infrastrukturalnych i finansowych konsekwencji nowej mody.
Dalsza część tekstu poniżej.
Zobacz także
– Tempo budowy domów może być znacznie szybsze niż tempo rozbudowy infrastruktury publicznej – zwraca uwagę Kamil Nowak z IMiR. – Deweloper może zrealizować całe osiedle w ciągu kilku lat, podczas gdy gmina musi nadążyć z drogami, szkołami, przedszkolami, transportem publicznym, wodociągami, kanalizacją i innymi usługami dla rosnącej liczby mieszkańców.
Jednocześnie problemem jest też rozproszenie zabudowy. Brak planowania, powstawanie domów na dużym obszarze bez powiązania z transportem i usługami publicznymi powoduje, że koszt zapewnienia infrastruktury na jednego mieszkańca znacząco rośnie.
Jakie są konsekwencje takiego stanu rzeczy? Odwrotne do zamierzonych – osoby przeprowadzające się z miast, żeby uciec od mankamentów mieszkania w aglomeracji, często dalej muszą mierzyć się z podstawowymi niedogodnościami. Mowa tu np. o przeciążeniu szkół, wzroście ruchu samochodowego (o ironio!) czy spadku dostępności usług publicznych.
Wszystko to prowadzi do sytuacji, w której jakość życia może spadać, a gmina będzie musiała dostosować swoją strategię i nadrobić infrastrukturalne zaległości. Warto jednak wziąć pod uwagę, że taki proces może trwać latami, a "eksplozja demograficzna" w modnych miejscowościach może trwać w najlepsze.






