od lewej: Jarosław Kaczyński, Donald Tusk, Mateusz Morawiecki, Sławomir Mentzen
Dlaczego sondaże wyborcze są aż tak popularne? Fot. Shutterstock; Flickr / Kancelaria Sejmu / Canva; montaż: naTemat

Sondaże wyborcze cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Publikowane są w trakcie porannego prime-time’u i błyskawicznie, wręcz wirusowo, rozchodzą się po politycznej bańce informacyjnej. Istnieje kilka powodów, dla których są tak popularne. Nie wszystkie z nich mają wiele wspólnego z polityką.

REKLAMA

Dla jednych wyrocznia, dla innych bubel. Niezależnie od ich wymiernej wartości, sondaże wyborcze mają bardzo duży wpływ na kształtowanie sceny politycznej w demokratycznych państwach. Ich główną rolą nie jest jednak precyzyjne oddanie tego, co nadejdzie w kolejnych wyborach, a tymczasowe zaspokojenie pewnych kognitywnych i społecznych potrzeb.

Uchwycić niedostępne – sondaż jako jedyna wymierna informacja ze świata polityki

Im mniej coś jest wymierne i im trudniej to postrzec, tym częściej wymaga prostego przekazu. Najlepiej takiego podrasowanego, nafaszerowanego danymi. Liczby, twarde badania, tajemniczy naukowcy w białych kitlach – wszystko to tworzy strawną i godną zaufania wizję.

Sondaże wyborcze są właśnie tym. Erystycznym zwycięstwem – zasobem danych, z którym ciężko jest dyskutować. Ważniejszą rolę odgrywa jednak to, że dane te stanowią opis świata niezwykle skomplikowanego. Z perspektywy symboliczno-abstrakcyjnej polityka jest czymś, co wykracza poza możliwości percepcyjnej pojedynczej osoby. Jest w niej tyle punktów spornych: kontekstów społecznych, kulturowych, amalgamatów światopoglądowych, sprzecznych interesów, niekompatybilności wrażliwości, że nie da się tego wszystkiego uporządkować i (w miarę obiektywnie) przeanalizować.

Problem polega na tym, że wobec takiego buzującego ula informacji, to właśnie porządek i struktura są tym, czego umysł najbardziej potrzebuje. Szczególnie że polityka (przynajmniej taka, która wygrywa lub przegrywa wybory) nie jest o rzeczach prostych i trywialnych. Częściej dotyczy tak ulotnych kwestii, jak tożsamość, konflikty z innymi kulturami lub narodami, bezpieczeństwo finansowe – to wszystko sprawia, że bardzo ciężko jest ją ignorować, łatwo się nią emocjonować i istnieje ogromna potrzeba, by jakoś ją kognitywnie "ujarzmić".

Zresztą, same dyskusje o polityce są przez to wszystko niezwykle trudne. W wielu przypadkach polityka pochyla się nad tematami, które nie są w żaden sposób wymierne. Sondaże stanowią tu pewną próbę uchwycenia świata będącego poza zasięgiem przeciętnego postrzegającego, który jednak ma intensywny wpływ na jego codzienność w każdym wymiarze. Na tym się jednak nie kończy, zwłaszcza gdy mowa o sondażach partyjnych.

Redukcja doskonała – sondaż partyjny odpowiada na więcej pytań, niż da się zadać

W obecnych realiach politycznych w Polsce partia jest ponad jednostką. Niemal każdy polityk oceniany jest przez pryzmat parasola roztoczonego przez jego stronnictwo, czyli razem z całym bagażem światopoglądowym, grupą wiernych fanów i antyfanów, stereotypów, schematów, archetypów, zagranicznych zwolenników i przeciwników. Wyjątki od tej reguły oczywiście się zdarzają, doskonałym przykładem był poseł Łukasz Litewka, który prezentował bardziej niezależny styl prowadzenia polityki.

Prymat partii w społecznej dyskusji jest jednak bardzo wyraźny. Nie ma więc prostszego sposobu na "łopatologiczne" ujęcie obecnego klimatu politycznego niż prostolinijne zestawienie: PiS – 20 proc., KO – 35 proc., Konfederacja WiN – 15 proc. i tak dalej. To absolutna esencja, która niesie za sobą gigantyczną ilość informacji. Idealne połączenie partii i autorytetu pod postacią liczby. Nazwę to redukcją doskonałą, bo odpowiada na wszystkie kluczowe z perspektywy jednostki pytania. Patrzymy na to i wiemy orientacyjnie, jak wygląda sytuacja wyborcza w całym kraju bez żadnych dodatkowych analiz.

Umysł jest leniwy, podatny na lęk (a zwłaszcza wobec niepomiernych, abstrakcyjnych i wpływowych konstrukcji pokroju polityki) i bardzo skory do upraszczania rzeczywistości. Sondaże zaspokajają zachcianki naszego mózgu – chodzi tu o kognitywne bezpieczeństwo (w tym nietolerancję niepewności i potrzebę domknięcia poznawczego) – ewolucyjną potrzebę uzyskania informacji na temat naszego otoczenia (zwłaszcza gdy jest antagonistyczne). Po raz kolejny warto zaznaczyć to, że bezpieczeństwo to nie ma nic wspólnego z prawdą, racją czy czymkolwiek podobnym. Sama informacja jest wartością nadrzędną.

Do rozładowania napięcia związanego z codziennym chaosem nie jest potrzebna empiryczna, wymierna, naukowa analiza. Wystarczy informacyjny ułamek. Widać to zresztą w samych sondażach. Bardzo często omawia się je przez pryzmat ostatnich afer, uwzględnia się pewne zewnętrzne zmienne (np. ważne reformy, sytuację geopolityczną, problemy gospodarcze), jednak wcale nie jest to konieczne. Dane sondażowe są wyjątkowo niezależne, a samo ich opracowanie ma na celu zarysowanie kontekstu, ale kontekst ten dotyczy ostatnich wahań, tj. wyjaśnienie, dlaczego w tym badaniu dane stronnictwo utraciło 2 punkty proc. w stosunku do poprzedniego, a nie to, jakie czynniki składają się na to, że ma, przykładowo, 21 proc. poparcia ogółem. Choć pozornie jest to gigantyczna przepaść informacyjna, ten drugi aspekt staje się kompletnie pomijalny, bo umysł go nie potrzebuje do zapewnienia sobie bezpieczeństwa i dysponuje już pewną utartą perspektywą.

Sondażowy kibic – postaw na tych, którzy wygrywają

Drugi najważniejszy składnik popularności sondaży to kwestia przynależności. Mowa tu o efekcie bandwagon (częściej pejoratywnie nazywanym owczym pędem). Choć większość społeczeństwa ma do tej łatki pewien uraz, z perspektywy społecznej jest to dość dobrze opisane: kibicujemy zwycięzcy, głosujemy tak, by nasz głos miał znaczenie, chcemy działać zgodnie z tzw. społecznym dowodem słuszności – coś jest wartościowe i dobre, bo inni to wybierają.

Wielu wyborców popularnych partii po przeczytaniu czegoś takiego zacznie protestować. Spokojnie – jest to efekt niezależny od moralności, prawdy, cnót, grzechów czy innych abstrakcyjnych pomysłów. To kolejny przykład tego, jak wspaniały jest nasz umysł – automatycznie, bezrefleksyjnie przyjmuje pewne wzorce, bo w ten sposób zużywa mniej energii i może skupić się na ważniejszych kwestiach.

Jednocześnie sondaże mogą sprzyjać także odwróconemu efektowi bandwagon. Są jednostki, które zakładają, że polityka jako ogół zjawisk jest zła, a sens ma głosowanie tylko na te stronnictwa, które nie są popularne.

Nie redukujmy jednak tego do kwestii społecznych. W tym wszystkim obecna jest także pewna polityczna taktyka. Niekoniecznie zależna od poszczególnych głosujących, ale mająca ogromne znaczenie z perspektywy "góry".

Sondaże mają gigantyczny wpływ na kształt polskiej polityki. Nawet te nieskuteczne

Na sam koniec warto pochylić się nad jeszcze jedną kwestią. Warto zastanowić się, czy sondaże w ogóle mają jakikolwiek sens z perspektywy nie społecznej, a właśnie empirycznej. Tu jest kilka problemów – każde badanie społeczne jest obarczone szeregiem czynników ryzyka. W praktyce rzeczywistość wyborcza co roku nas zaskakuje.

Ostatnie wybory prezydenckie były tego bardzo dobrym, ale nie doskonałym dowodem – Rafał Trzaskowski do niemal samego końca kampanii osiągał wyniki wyższe niż Karol Nawrocki. Dopiero na finiszu boju sondażownie zaczęły sugerować, że panowie idą łeb w łeb. Ich ostrożne szacunki nie przewidziały jednak różnicy około 370 tys. głosów na rzecz kandydata popieranego przez Prawo i Sprawiedliwość.

Możemy spekulować, czy prezentowanie danego kandydata w sondażach jako faworyta ma duży wpływ na motywację wyborców. W tym wypadku mówimy o bardzo dużej frekwencji, na poziomie 71,63 proc., więc pewnie ciężej byłoby taką tezę obronić. Z drugiej jednak strony to właśnie w przypadku takich starć "na noże" większego znaczenia nabierają detale, w tym sposób przedstawiania wyborczej rywalizacji w mediach.

Na szczęście jest znacznie bardziej wyrazisty przykład. Przypomnijmy sobie – w 2023 roku Donald Tusk przestraszony wynikami sondażowymi Trzeciej Drogi postanowił wesprzeć swoich sojuszników. Premier stwierdził nawet, że z jego perspektywy ważniejsze jest zwycięstwo całego obozu demokratycznego niż rezultat Koalicji Obywatelskiej.

Ostatecznie Trzecia Droga uzyskała 65 mandatów i 14,4 proc. głosów. Oznacza to, że stronnictwo nie tylko znacząco przekroczyło wynik prognozowany przez sondażownie, ale także uzyskało znacznie lepszy rezultat, niż ten, który był potrzebny do przekroczenia progu wyborczego.

Dalsza część artykułu poniżej.

Zresztą, sam Donald Tusk po wyborach deklarował, że to właśnie "taktyczne głosowanie części zwolenników Koalicji Obywatelskiej na Trzecią Drogę pozwoliło odsunąć PiS od władzy". Za tym "taktycznym głosowaniem", które sprzedawane jest jako nie lada sukces, stoi jednak pewien bardzo niewygodny fakt. Zgodnie z tym, jak liczone są w Polsce głosy, tj. z wykorzystaniem metody d'Hondta, istnieją scenariusze, w których głosy oddane "taktycznie" mogły przełożyć się na mniejszą liczbę mandatów dla koalicji 15 października ogółem. W tym wypadku polityczna panika wokół Trzeciej Drogi mogła paradoksalnie zaszkodzić liberalnemu blokowi. Z drugiej strony nie można powiedzieć, że był to wyraźny błąd po stronie obecnego premiera – niewprowadzenie mariażu PSL z Polską 2050 do Sejmu oznaczałoby porażkę wyborczą jego własnego ugrupowania.

Czy to już ta "prawdziwa", sondażowa demokracja?

Tu jednak ważna uwaga – partie prowadzą wewnętrzne badania. To, co widzimy z perspektywy medialnej, nie musi być tymi samymi danymi, które lądują na biurkach kluczowych postaci w polskiej polityce.

Może to zresztą działać wielowymiarowo. Jeśli partie podejmują decyzje na bazie badań, sondaże przestają być prostą informacją dla wyborców i szefów partii, a czynnikami kształtującymi i sterującymi demokratyczną rzeczywistością. To na ich podstawie podejmowane są niektóre decyzje polityczne, w tym te dotyczące przekazu danego stronnictwa. A to z kolei ma gigantyczny wpływ na samo społeczeństwo, bo dochodzi tu do osobliwego zjawiska – osoba badana może przeczytać wynik pomiaru i zmienić pod jego wpływem swoje zachowanie.