przejazd kolejowy i czerwone światło
Rząd zaostrza kary dla kierowców Fot. Shutterstock

Rząd znalazł sposób na kierowców, którzy igrają ze śmiercią na przejazdach kolejowych. Po ostatnich tragicznych wydarzeniach przepisy mają zostać radykalnie zaostrzone, a za jedno z najniebezpieczniejszych wykroczeń będzie można stracić prawo jazdy na trzy miesiące. Problem w tym, że polskie drogi pełne są kierowców, którzy już dziś kompletnie nie przejmują się tego typu karami.

REKLAMA

"Rada Ministrów przyjęła projekt przygotowany przez Ministerstwo Infrastruktury" – poinformowali przedstawiciele resortu Dariusza Klimczaka we wpisie na X. Propozycja rządu ma kilka założeń. Przede wszystkim chodzi tu o zatrzymanie prawa jazdy na 3 miesiące w przypadku wjazdu na przejazd kolejowy przy czerwonym świetle lub wtedy, gdy po drugiej stronie nie ma miejsca do kontynuowania jazdy.

"Policja będzie mogła na miejscu odebrać kierowcy prawo jazdy, a starosta wyda decyzję o zatrzymaniu dokumentu na 3 miesiące. Rozwiązanie ma działać niezależnie od dalszego postępowania w sprawie wykroczenia lub przestępstwa, podobnie jak w przypadku innych szczególnie niebezpiecznych naruszeń przepisów ruchu drogowego" – zapewnia Ministerstwo Infrastruktury.

Projekt zakłada również obowiązkowe zakazy prowadzenia pojazdów na co najmniej 3 lata za spowodowanie katastrofy lub na co najmniej rok za sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa takiego zdarzenia.

Stracisz prawo jazdy za wjazd na przejazd kolejowy przy czerwonym świetle

Decyzja rządu ma związek z katastrofą pociągu "Koziołek", w której zginęła jedna osoba. Tragiczny wypadek w Sokolikach Suchych miał miejsce 9 września. Na przejazd kolejowy wjechała ciężarówka. Niedługo po wypadku głos w sprawie zabrał premier Donald Tusk, który zapowiedział, że rozpoczęte zostaną prace nad projektem "radykalnego zaostrzenia przepisów dla tych, którzy wjeżdżają na przejazdy kolejowe mimo zapór".

Po wypadku maszyniści PKP zapowiedzieli protest. Akcja miała polegać na zwalnianiu pociągów do prędkości 20 km/h przed przejazdami kolejowymi, bez względu na to, czy są wyposażone w rogatki, czy tylko w światła i znaki.

Warto zaznaczyć, że ani katastrofa, ani protest nie nauczyły kierowców, jak zachowywać się na przejeździe. Już dzień później doszło do kolejnego incydentu, tym razem mowa była o miejskim autobusie. Być może rządowy projekt również ich tego nie nauczy.

Rząd odpowiada na ostatnie katastrofy kolejowe

Choć pomysł zatrzymywania uprawnień jest oczywiście uzasadniony i stanowi jakąś (lepszą niż żadną) odpowiedź na rzeczywisty problem, warto pochylić się nad tym, czy takie działanie ma sens. Każdego roku sądy orzekają dziesiątki tysięcy tego typu kar. Obecnie w Polsce ponad 200 tys. osób ma aktywne zakazy, ale Część z nich wsiada za kółko jak gdyby nigdy nic.

Problem polega na tym, że sam zakaz nie jest skutecznym sposobem zapobiegania kolejnym wykroczeniom i przestępstwom drogowym. Nie jest to teza bez pokrycia. Widać to zarówno w statystykach, jak i w sugestiach najważniejszych polityków, w tym Waldemara Żurka, który jeszcze niedawno zapowiadał dodatkowe kary dla drogowych recydywistów z zakazami.

Dalsza część artykułu poniżej.

Skala zjawiska jest ogromna – jak niedawno podawała "Rzeczpospolita", około 36 tys. kierowców ma więcej niż jeden aktywny zakaz, a rekordzista ma ich... 17. W petycji, która 31 lipca trafiła do Departamentu Prawa Karnego, czytamy, że w 2025 roku policja ujawniła aż 16 724 osoby, które naruszyły sądowy zakaz prowadzenia, a w 2024 roku – 16 534 osoby.

We wspomnianej petycji czytamy również, że "sam zakaz nie uniemożliwia fizycznie ponownego prowadzenia pojazdu, a jego skuteczność zależy od nieuchronności wykrycia i szybkiej, realnej reakcji państwa".

Ostatecznie "rozwiązanie" opiera się o system, który nie działa. Pozostaje więc czekać, aż rząd naprawi ten dość poważny mankament projektowanych zmian. Może wtedy zatrzymywanie "lejców" będzie mieć jakikolwiek rzeczywisty skutek.