
Pływające panele słoneczne na farmie łososi w Chile pokrywają 57 proc. jej zapotrzebowania na energię. Latem sieć obiegła historia o tysiącach ryb, które znalazły pod nimi schronienie przed słońcem i ptakami. Kilka tygodni później serwis, który ją rozpowszechnił, sam musiał się z niej wycofać. Nie było aż tak bajkowo, ale wyjątkowa instalacja i tak przysłużyła się przyrodzie.
Ta historia miała wszystko, czego potrzebuje viral. Nowinkę techniczną widoczną na widowiskowych zdjęciach, zieloną energię, uratowane zwierzęta i efekt uboczny, którego nikt się nie spodziewał. My też ją opisaliśmy, bo brzmiała jak dowód na to, że OZE ma jeszcze sporo niewykorzystanego potencjału. Prawdziwa wersja jest mniej bajkowa, ale wciąż ciekawa.
Pływająca fotowoltaika na farmie łososi. Co naprawdę zmieniła?
Farma Huar Norte w regionie Los Lagos, należąca do koncernu Mowi, przez lata działała wyłącznie na dieslu. Generatory warczały dzień i noc, zasilając karmniki, pompy i czujniki, a paliwo trzeba było dowozić łodziami. Do tego dochodziły spaliny i zanieczyszczona woda, czyli cała lista grzechów spalania paliw kopalnych.
W czerwcu 2025 r. firma postawiła na słońce. AKVA group zbudowała nowe kojce i zintegrowała z nimi panele, Alotta Energy dostarczyła pływającą elektrownię słoneczną, a Fjord Maritime akumulatory i system zarządzania energią.
Z komunikatu AKVA group wynika, że instalacja ma rocznie oszczędzać ok. 139,2 tys. litrów oleju napędowego i ograniczyć emisję CO2 o ok. 350 ton. Mniej paliwa oznacza też mniej kursów łodzi z dostawami i znacznie spokojniejszą pracę dla załogi. I sielski klimat dla zwierząt.
Zobacz także
Tysiące łososi pod panelami? Tak wyglądał viral
Latem serwis The Pulse opisał, że szerokie panele rzuciły na wodę cień niczym parasol, a pod nim zgromadziły się tysiące łososi. Ryby miały się tam chować przed drapieżnymi ptakami i ostrym słońcem.
W tekście pojawił się też wątek z Norwegii, gdzie pod podobnymi instalacjami miały masowo zbierać się dorsze. Opowieść szybko poszła w świat, także do nas. I trudno się dziwić, bo łososie i tak budzą spore emocje, a tu dochodził jeszcze happy end.
Kłopot w tym, że mało kto zadał sobie proste pytanie. Skąd w kojcach hodowlanych miałyby się nagle wziąć ryby, które "znalazły" schronienie? Przecież siedzą tam od początku i nigdzie nie mogą i tak odpłynąć.
Bajka o rybim azylu. Co zostało z tej historii?
The Pulse wrócił do tematu w sierpniu i sam ostudził emocje. "Żadna ławica łososi nie zajęła miejsca pod panelami" – czytamy w sierpniowej wersji tekstu.
Serwis wyjaśnia, że ryby gromadzące się w chłodnym cieniu paneli zaobserwowano na zbiornikach śródlądowych, daleko od Chile. I przez to łatwo było pomylić jedno z drugim.
W oficjalnych materiałach firm stojących za projektem nie ma ani słowa o rybim azylu. Wątku norweskich dorszy też nie udało nam się potwierdzić, choć sama Norwegia ma w tej historii swoje miejsce. Alotta testowała tam wcześniej swoją technologię, a na tamtejszej farmie Emilsen Fisk działa najdalej wysunięta na północ instalacja tego typu na świecie.
Coś jednak dla ryb się zmieniło. Ciągły hałas i wibracje generatorów stresują zwierzęta w kojcach, więc cichsza farma to po prostu spokojniejsze miejsce do życia. Poprawiły się warunki, ale nie nastąpiła wielka migracja. Dla sceptyków OZE to i tak może być za dużo dobrych wiadomości naraz.






