Przemysław Czarnek, Jarosław Kaczyński, Mariusz Błaszczak.
PiS zapowiada deportację Ukraińców po powrocie do władzy Fot. zrzut ekranu, Prawo i Sprawiedliwość / X

PiS przedstawił kolejne propozycje programowe w przypadku powrotu do władzy. Jedna z nich zakłada przeprowadzenie akcji deportacyjnej Ukraińców. Logistyka operacji miałaby być wspierana przez specjalne centra. Oficjalnie na sercu Nowogrodzkiej leży los walczącej Ukrainy, ale kto umie czytać między wierszami, wie, o co w tym chodzi.

REKLAMA

PiS nic nie robi sobie z coraz gorszych sondaży, wewnętrznych (a nawet już zewnętrznych w przypadku kwestii stowarzyszenia Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego) konfliktów, niskiego poziomu zaufania do kandydata partii na premiera i miażdżącego wyroku ws. subwencji i dotacji. Ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego już snuje za to wizje władzy po wyborach w 2027 roku.

Zostały one zaprezentowane 6 sierpnia w ramach konwencji programowej i dotyczą pociągnięcia do odpowiedzialności osób, które (według Przemysława Czarnka) "napisały na siebie już akty oskarżenia swoimi kompletnie niezgodnymi z Konstytucją i z ustawami decyzjami", przywrócenia "polskiej praworządności" i odsunięcia od władzy rządu, który (według z kolei Jarosława Kaczyńskiego) realizuje "obcą, a w gruncie rzeczy przede wszystkim niemiecką agendę w Polsce".

Na tym się jednak nie kończy. Bo wśród pomysłów PiS na kluczowe reformy po powrocie do władzy są też takie o znaczeniu międzynarodowym. A konkretniej mówiąc – pozbycie się z Polski Ukraińców, którzy nie pracują legalnie. Oczywiście, w szczytnym celu, tj. poprawy kontynentalnego wręcz bezpieczeństwa.

PiS wpadł na nowy pomysł ws. Ukrainy. Deportacje

– Żeby Europa Środkowo-Wschodnia była bezpieczna i wolna, Ukraina musi zwyciężyć. W związku z tym jedną z pierwszych, istotniejszych decyzji rządu będzie decyzja o deportacji mężczyzn, Ukraińców, w wieku poborowym, którzy nie pracują legalnie w Polsce – zapewniał wiceprezes PiS Tobiasz Bocheński w trakcie konwencji programowej partii. Jeśli ktoś ma wrażenie, że jego słowa to ukłon w stronę sympatyków skrajnej prawicy w Polsce, chyba się nie myli.

– Przecież to nie jest deportacja wszystkich, tylko tych, którzy tutaj są, nie pracują – bronił potem pomysłu Jarosław Kaczyński w trakcie rozmowy z dziennikarzami. – To pomoc dla Ukrainy, jeżeli chodzi o mobilizację, bo jeżeli druga strona (...) to planuje, przeprowadzi mobilizację, to trzeba skądś ludzi brać – zapewniał prezes PiS.

Operacja: deportacja. Pomóc mają specjalne centra

Ta niezwykle skomplikowana logistycznie operacja (mowa tu w końcu o aż kilku tysiącach osób) wymaga odpowiedniej, rzetelnej i sprawnej infrastruktury. PiS zapowiada więc budowę wyspecjalizowanych centrów deportacyjnych.

W tej chwili nie znamy dokładnego kształtu tego projektu i jego kosztorysu. Wiemy tylko, że system ma być "sprawny". Nie jest też znana procedura, która miałaby prowadzić do umieszczenia obywateli Ukrainy w tego typu obiektach. Słowo "centra" sugeruje pewnego rodzaju koncentrację (centrum, przestrzeń, w której skupiają się, koncentrują dane elementy – w tym wypadku ludzie). Nie wiadomo w tej chwili, ile osób w takich centrach mogłoby być koncentrowanych jednocześnie, w jakich warunkach ani na jakich zasadach odbywałaby się deportacja.

Zresztą do chęci deportacji tak licznej grupy musiałby się odnieść także Kijów, raczej nie jest możliwe przeprowadzenie takiej operacji bez współpracy międzynarodowej. Ukraina deklaruje, że faktycznie potrzebuje dodatkowych rąk na froncie i zwróciła się w tej sprawie do UE. Według zapowiedzi Komisji Europejskiej (w tym komisarza ds. wewnętrznych i migracji, Magnusa Brunnera) mężczyźni w wieku od 23 do 60 lat przybywający do UE z Ukrainy nie będą mogli liczyć na ochronę tymczasową.

Dalsza część artykułu poniżej.

KE, w odróżnieniu od PiS, nie zamierza jednak przeprowadzać masowych deportacji i tworzyć precedensu względem osób, które ochronę tymczasową uzyskały wcześniej. Wręcz odwrotnie – zakłada wydłużenie okresu ochrony do marca 2028 roku.

Niezależnie od tego, czy operacja PiS-owców się powiedzie (i czy PiS faktycznie dojdzie do władzy w 2027 roku), trudno oprzeć się wrażeniu, że nowy pomysł, uwzględniając brak jakichkolwiek formalnych i skrystalizowanych planów, był czymś więcej niż tanią zagrywką na pewnym popularnym w Polsce ostatnio sentymencie. Ale o tym przekonamy się (lub nie) w niedalekiej przyszłości.