
Większość czasu (około 80-90 proc.) pracuję zdalnie. Zawsze staję na głowie, by w takim trybie dało się jakkolwiek ergonomicznie działać przez wiele godzin dziennie. Choć wniosków mam wiele, jeden z najważniejszych dotyczy foteli.
Prosto z mostu: gamingowe "kubełki" są absolutnie do bani, a praca bez porządnego siatkowanego krzesła biurowego to mordęga. I zaznaczam – korzystałem z wielu różnych modeli, w tym oczywiście tych dla graczy.
Latem fotel gamingowy to nic innego, jak kara
Podstawowy problem polega na tym, że fotele gamingowe bardzo często są wykonane z ekoskóry. Myślę, że ekoskóra to materiał idealny, ale jeszcze nikt nie wymyślił dlaczego. Poza imitowaniem "tej prawdziwej skóry" tak naprawdę przegrywa z alternatywami na każdym polu.
Szczególnie w przypadku foteli. Co do odzieży – sam oczywiście posiadam rzeczy wykonane z tego materiału, ale noszę je raczej zimą, gdy temperatura nie należy do najprzyjemniejszych. Fotel z ekoskóry to połączenie sauny z patelnią do naleśników. Materiał beznadziejnie radzi sobie z ciepłem ludzkiego ciała, co przekłada się na higienę, ale też wydajność pracy.
Tego lata dziękowałem losowi, że nie byłem skazany na ekoskórzaną pułapkę. Przy obecnych upałach takie rozwiązanie jest katorgą. Zrobiłem nawet pewien eksperyment, który oczywiście nie gwarantował efektu cieplarnianego gamingowego kubełka, ale rzuca pewne światło na "fizykę" stanowiska.
Otóż nałożyłem na standardowy fotel siatkowany poliestrowy pokrowiec. Zaznaczmy – poliester i tak jest lepszy w oddawaniu temperatury niż ekoskóra. Niestety, nawet cienka warstwa jest problemem, a odczuwalna temperatura przy pracy bardzo szybko wzrosła.
Fotel gamingowy: estetyka do bani, funkcjonalność zerowa, a ergonomia jest tylko na papierze
No dobrze, ale krzesła gamingowe to nie tylko ekoskóra. Więcej – część z nich wykonana jest po prostu z gęstej poliestrowej siatki (choć ona również się nagrzewa, co potwierdził opisany wyżej eksperyment, ale też moje inne doświadczenia) lub jeszcze innych kreatywnych odmian plastiku.
W przypadku "gamingowego" sprzętu największym problemem jest sama kubełkowatość. "Skrzydła" wyciągnięte rzekomo z bolidu F1 wpychają barki do środka. Takie delikatne pochylenie ramion do przodu jest po prostu szkodliwe dla naszej postawy w długiej perspektywie. Dla mnie jest to też po prostu bardzo wyraźnie odczuwalne. Złapałem się na tym nawet ostatnio, że w jednym z miejsc, w których pracuję, są dostępne różne fotele i podświadomie zdarza mi się wybierać obrotowy taboret zamiast "gamingowego zawodnika". Ot, ciekawostka.
Kolejna kwestia to estetyka – fotele gamingowe są zdecydowanie mniej uniwersalne wizualnie. Nie prezentują się zbyt profesjonalnie w trakcie wideorozmów, choć to może być zaleta. Stały się mocnym świadectwem przynależności do gamingowej subkultury, a jak wiadomo, subkultura może być pewnym łącznikiem.
Abstrahując jednak od prywatnych przemyśleń – garść faktów. Fotele gamingowe często są cięższe od standardowych krzeseł biurowych, choć to raczej nie ma specjalnego znaczenia w codziennym użytkowaniu. Bywają też znacznie droższe, nawet o kilkaset złotych, w tym samym segmencie jakości i ergonomii. W wielu modelach zagłówek to żart – w popularnych modelach mamy poduszkę zapiętą na pasku, bez możliwości regulacji. Część modeli oferuje również beznadziejne podłokietniki, których nie da się ruszyć, bo są przyczepione do "kubełka".
Argument drugiej strony? Na "normalnym" fotelu biurowym nie zamontujemy LED-ów
Ostatnio widziałem ofertę fotela gamingowego ze światłami LED. Pierwsze pytanie, które pojawiło się w mojej głowie, brzmiało: "skąd to w ogóle bierze zasilanie?" No więc tak: fotel podpinamy "ogonkiem" USB do zasilacza (np. portu w komputerze) lub powerbanka. Świetnie. To jest właśnie to, czego potrzeba prawdziwemu gamerowi – kolejnego kabla, tym razem takiego, który dziwnym trafem leży tuż pod nami, uprzykrzając nam życie.
No i jasne – nie za bardzo da się to zrobić inaczej (chyba że fotel miałby wbudowany akumulator i ładowalibyśmy go z sieci, co wydaje się jeszcze dziwniejsze) – ale zamiast zastanawiać się, jak to zrobić, ciekawszym dylematem jest coś innego: po co w ogóle to robić?
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Z perspektywy użytkownika – przecież my tych LED-ów nawet nie widzimy. Z perspektywy streamowania ma to może jakiś szczątkowy sens, ot gadżet, ale przy osobie normalnych gabarytów efekt jest w zasadzie niedostrzegalny. Możliwe, że LED-y są widoczne na zagłówku, ale tu pojawia się inny problem – słuchawki "gamingowe" zazwyczaj mają własne RGB-szpecidła. Nic tylko siadać do synchronizacji, by nie wyglądało to jak tani cyrk.
Fotel biurowy vs. fotel gamingowy – zwycięzca może być tylko jeden
Porównywanie foteli biurowych do gamingowych to pewne uproszczenie. Zakładam, że część "premium" modeli gamingowych może oferować zbliżone parametry do ergonomicznych foteli biurowych.
W niższych segmentach "mid" i "low-budget", gdzie fotele gamingowe to nafaszerowane plastikiem pułapki z ekoskóry, zakup fotela siatkowanego jest zdecydowanie lepszym pomysłem. Ale z drugiej strony, jeśli chodzi o manifest przynależności do "gamingowej familii", to faktycznie – zakup takiego "kląkra" to wręcz obowiązek, ale koniecznie z LED-ami.






