
Umierasz, a twoje oszczędności, polisy i rachunki zostają za ekranem smartfona. Bliscy nie znają PIN-u, często nawet nie wiedzą, gdzie szukać informacji o twoim majątku. – Nawet gdyby ktoś chciał sprawdzić, czy jako zapalony gracz nie mam na koncie miecza wartego 20 tys. dolarów, odbije się od ściany – mówi Paweł Soproniuk, współzałożyciel i CEO aplikacji LegacyApp. Właśnie z myślą o takich problemach powstają cyfrowe narzędzia, które mają pomóc uporządkować sprawy na wypadek śmierci.
Aleksandra Tchórzewska: Co właściwie dzieje się z naszym życiem cyfrowym, kiedy umieramy? Co zostaje po nas w telefonach, mailach, chmurach i aplikacjach?
Paweł Soproniuk, współzałożyciel i CEO aplikacji LegacyApp: Zostaje wszystko. I jest tego dzisiaj niewiarygodnie dużo. W ciągu ostatnich dziesięciu lat scyfryzowała się praktycznie cała dokumentacja związana z naszymi finansami czy zdrowiem. To kwestia właściwie ostatnich kilku lat: e-recepty, e-skierowania, aplikacja mObywatel. Problem w tym, że dostęp do niej uzyskamy tylko wtedy, gdy mamy telefon i maila zmarłego. Ogromna część życia przeniosła się do sieci, bo to po prostu wygodne. Papierów jest coraz mniej.
Czerwona teczka właściwie traci rację bytu (to zbiór najważniejszych informacji i dokumentów, które mają ułatwić bliskim załatwienie formalności po naszej śmierci - przyp. red.)
Nawet polisa na życie, kupowana u agenta, może mieć jeszcze formę papierową, ale potwierdzenia i dane do logowania do panelu klienta przychodzą już na maila.
Kiedy ostatnio przyjrzałem się temu, co sam mam w domu, doszedłem do wniosku, że jedynym dokumentem, który rzeczywiście warto trzymać na papierze, jest akt notarialny mieszkania.
Cała reszta – umowy z dostawcami, regulaminy, subskrypcje – jest w formie cyfrowej. Jeśli ktoś prowadzi firmę, księgowość też ma w wersji elektronicznej, bez segregatorów i papierowej książki przychodów i rozchodów. I tak już zostanie: to wygoda, oszczędność i ekologia. Skoro wszystko mamy w sieci, po co komu kolejne wydruki?
Ktoś umiera. Co wtedy robią bliscy? Próbują na własną rękę dostać się do danych, chmury, polis?
Poszukiwanie takich informacji potrafi oznaczać kilka miesięcy ciężkiej pracy. Dobrze, jeśli ktoś z domowników zna PIN do telefonu albo hasło, bo to bardzo dużo ułatwia. Często jednak dostęp jest zablokowany biometrią albo uwierzytelnianiem dwuskładnikowym.
Pokażę to na własnym przykładzie: gdyby mnie nagle zabrakło, część spraw moja rodzina odnalazłaby intuicyjnie, bo wspólnie korzystamy z Netfliksa i te subskrypcje po prostu zna.
Ale już z rodzinnym Spotify, powiązanym wyłącznie z moim mailem, nie byłoby tak łatwo. Sam bardzo rygorystycznie zabezpieczam dane: beze mnie nikt nie odblokuje mojego telefonu.
Nawet żona nie zna kodów?
Nie zna. Mam tam programy dające dostęp do systemów zabezpieczeń i obowiązują mnie przepisy, które wymagają ode mnie ochrony tych danych. Gdyby ktoś poznał hasła i doszłoby do wycieku, groziłyby mi poważne konsekwencje.
I co w takiej sytuacji pozostaje rodzinie?
Kontaktowanie się z operatorami poszczególnych usług. Niektórzy mają już wypracowane procedury na wypadek śmierci użytkownika, ale ogromna większość wciąż ich nie oferuje. Co więcej, w wielu regulaminach zapisano wprost, że konto należy wyłącznie do właściciela i nie podlega dziedziczeniu.
Dotyczy to choćby gier. Na platformie Steam zakupy przypisane są wyłącznie do konkretnego użytkownika. Nawet gdyby ktoś chciał sprawdzić, czy jako zapalony gracz nie mam na koncie miecza wartego 20 tysięcy dolarów, odbije się od ściany. Moja córka usłyszałaby, że takie cyfrowe dobra należą do mnie i nie podlegają dziedziczeniu. Formalnie to nie jest majątek spadkowy.
Czyli mamy problem.
I to kolosalny. Dopiero teraz wychodzi na jaw, bo powoli uświadamiamy sobie, jak głęboko zanurzyliśmy się w cyfrowym świecie. Zresztą kłopot polega nie tylko na braku dostępu – bliscy często w ogóle nie wiedzą, że dane konto czy dobro istniało. I to jest największe zagrożenie.
Przepisy będą musiały wymusić na operatorach udostępnianie tych informacji spadkobiercom. W Brazylii i Chinach pojawiły się już regulacje otwierające drogę do dziedziczenia gier i multimediów, a w Wielkiej Brytanii oficjalnie uznano, że aktywa cyfrowe podlegają dziedziczeniu. To, że coś nie istnieje na papierze, nie oznacza przecież, że nie można tego odziedziczyć.
Tyle że operatorzy sami z siebie nie przyjdą z informacją.
Oczywiście, że nie. Żaden dostawca gry nie zapuka do mojej żony ze słowami: "Na koncie męża jest miecz za 20 tysięcy dolarów".
Dokładnie tak samo jest z ubezpieczeniami. Jeśli ktoś ma polisę na życie, ubezpieczyciel nie szuka osób uposażonych. Każda z nich musi zgłosić się samodzielnie, przedstawić akt zgonu i przejść całą procedurę.
Mało tego – jeśli w polisie wskazano dwie osoby uposażone, towarzystwo nie poinformuje jednej, że jest jeszcze druga. Każda musi zapytać osobno. Jeśli umrę i nie zostawię informacji o polisie, moja żona musiałaby w praktyce wysłać zapytania do około trzydziestu polskich towarzystw ubezpieczeniowych.
Nie ma jednego centralnego rejestru polis?
Nie ma. Próbowano stworzyć coś na wzór bankowego systemu Ognivo, dzięki któremu można sprawdzić rachunki zmarłego w innych bankach. Tyle że Ognivo też ma ograniczenia – nie obejmuje wszystkich produktów, na przykład kont inwestycyjnych. W ich przypadku banki i instytucje finansowe po prostu nie mają obowiązku udostępniania takich danych w ramach jednego systemu.
Rozumiem, że w odpowiedzi na te problemy powstała aplikacja, która ma pomóc uporządkować cyfrowe sprawy?
Doszliśmy do wniosku, że trzeba po prostu zacząć gromadzić te informacje. Sam pomysł nie jest szczególnie oryginalny, bo koncepcja czerwonej teczki krąży od lat. Tradycyjne rozwiązanie ma jednak sporo wad. Po pierwsze, teczka jest papierowa, więc ktoś może ją znaleźć w szufladzie. Może nie chcę, żeby moja żona już teraz wiedziała, że mam miecz wart 20 tys. dolarów, bo wolałaby, żebym za te pieniądze wyremontował łazienkę. W papierowej teczce wszystkie te informacje stają się łatwo dostępne.
Po drugie, nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien przechowywać w niej kluczy do portfeli kryptowalutowych. To tak, jakby wyłożył pieniądze na stół. Każdy, kto znajdzie teczkę, może uzyskać bezpośredni dostęp do majątku. Dlatego uznaliśmy, że trzeba podejść do tego inaczej i stworzyć rozwiązanie całkowicie cyfrowe.
Czyli szyfrowany notatnik w telefonie?
Tak, ale aplikacja została zaprojektowana tak, żebyśmy my, jako jej operatorzy, nie mieli fizycznego dostępu do przechowywanych w niej danych. Wszystko jest szyfrowane bezpośrednio na telefonie użytkownika, a zaszyfrowana kopia trafia na jego Dysk Google. Żadne informacje nie przechodzą przez nasz serwer. Nie znamy też hasła użytkownika, więc nawet gdybyśmy weszli w posiadanie pliku z kopią zapasową, nie moglibyśmy odczytać jego zawartości.
Jak w takim razie aplikacja dowiaduje się, że użytkownik zmarł?
System co jakiś czas sprawdza, czy wszystko z nim w porządku. Wysyła zapytanie, a użytkownik musi tylko kliknąć potwierdzenie. Domyślnie dzieje się to co tydzień, ale można ustawić inny interwał – na przykład codzienne sprawdzanie albo co dwa tygodnie. Jeśli ktoś dwukrotnie nie potwierdzi, że wszystko jest w porządku, uruchamia się procedura awaryjna.
I co dzieje się w tym momencie?
Osoba wskazana w aplikacji otrzymuje e-mail lub SMS z informacją, że czekają na nią przygotowane dane, oraz instrukcją, jak uzyskać do nich dostęp. Bliski nie musi nawet wiedzieć za życia właściciela, że korzysta on z takiego narzędzia. Wystarczy kilka kliknięć i wpisanie hasła, które wcześniej ustalił dla tej osoby.
Można dodać wskazówkę dotyczącą hasła albo zapisać, gdzie zostało ukryte. Na przykład na zwykłej kartce schowanej wśród dokumentów, bez żadnego opisu. Po wpisaniu prawidłowego hasła aplikacja pobiera zaszyfrowaną paczkę danych z Dysku Google właściciela i odszyfrowuje ją bezpośrednio na telefonie bliskiej osoby.
Czy osoba nieuprawniona naprawdę nie ma szans dostać się do tych danych?
Zastosowaliśmy mechanizm, który ma całkowicie wyeliminować takie ryzyko. Klucz deszyfrujący składa się z ponad stu znaków i ma dwie części. Blisko sto znaków generujemy my, a pozostałą część ustala użytkownik. Naszą część przekazujemy w tle, bezpośrednio na telefon wskazanej osoby. Użytkownik nawet nie widzi tego procesu.
Żeby jednak odczytać dane, bliski musi wpisać drugą część klucza, ustaloną wcześniej przez użytkownika. Dopiero połączenie obu elementów pozwala odnaleźć plik, pobrać go i odszyfrować bezpośrednio na urządzeniu.
Czytaj dalej
Dlaczego tak trudno jest nam uporządkować cyfrowe sprawy na wypadek śmierci? Nie myślimy o tym, boimy się, nie chcemy zapeszać?
Działa mechanizm wypierania, nie chcemy wywoływać wilka z lasu. Ale myślę, że sedno leży gdzie indziej. Przecież wiele osób kupuje polisy na życie – mają więc świadomość ryzyka i chcą jakoś zabezpieczyć rodzinę. Tyle że polisa bywa często takim plasterkiem na sumienie: "W razie czego bliscy dostaną pieniądze". Nie zdajemy sobie sprawy, że świadczenie z ubezpieczenia może stanowić zaledwie ułamek tego, co rzeczywiście posiadamy.
Reszta zostaje w chmurze?
I w głowie. Dopiero połączenie polisy z wiedzą o tym, co i gdzie mamy, daje pełny obraz. Chodzi zresztą nie tylko o majątek, ale również o zobowiązania: pożyczki, które spłacamy, albo pieniądze, które to my komuś pożyczyliśmy. Kiedy odchodzimy, te informacje przepadają razem z nami. Tymczasem wszystko to, co po nas zostaje, co do zasady wchodzi w skład spadku. Największą barierą jest po prostu brak świadomości, że trzeba usiąść i te rozproszone dane zebrać.
Użytkownicy waszej aplikacji trafiają do was po własnych trudnych doświadczeniach?
Bardzo często. Piszą do nas ludzie, którzy dziękują za to narzędzie, bo sami na przykład przez rok szukali majątku po zmarłym ojcu. Przeszli przez to piekło i wiedzą, jak bardzo brakuje jednego miejsca na takie dane. Zaletą jest też to, że aplikacja wymusza bieżącą aktualizację. Kiedy co dwa tygodnie potwierdzam, że u mnie wszystko gra, od razu dostaję impuls: kupiłem nową polisę, to wrzucam ją do systemu.
Aplikacja sama zresztą podpowiada, co warto zapisać.
Na przykład?
Na przykład nietypowe przedmioty. Korzystają z tego choćby kolekcjonerzy. Ktoś kupuje wartościowy zegarek za 20 tysięcy złotych, robi zdjęcie i dodaje opis z wyceną. Dla kogoś z zewnątrz to może wyglądać jak stary grat, rodzina nie musi się znać na zegarkach i mogłaby oddać go za bezcen. Zapisanie tego daje spokój, że wiedza o wartości nie przepadnie.
Paweł Soproniuk
współzałożyciel i CEO aplikacji LegacyApp
W tak silnym stresie nie ma czasu na przeszukiwanie szuflad. Dlatego zdjęcia dowodów osobistych wszystkich bliskich przechowuję w jednym, zaszyfrowanym miejscu w telefonie.
Przydaje się też w zwykłej codzienności?
Korzystam z tego na co dzień. Kiedy jadę do apartamentu z Airbnb i dostaję mailem kody do domofonu czy skrytki na klucze, robię zrzut ekranu, wrzucam go do aplikacji i mam wszystko pod odciskiem palca. Nie muszę potem na klatce schodowej przeszukiwać setek maili.
Ludzie rzadko korzystają z takich rozwiązań, bo nikt im wcześniej nie pokazał, że telefon może działać w ten sposób. Domyślnie nie oferuje takich funkcji.
Przecież są menedżery haseł.
Są takie rozwiązania. Tylko co z tego, skoro po mojej śmierci nikt nie będzie mógł uzyskać dostępu do menedżera haseł? Dlatego w naszej aplikacji przechowuję hasło główne do swojego menedżera. Jeśli coś mi się stanie, żona otrzyma jeden klucz, który otworzy jej dostęp do wszystkich moich loginów, kont i systemów. Wszystko w jednym, bezpiecznym miejscu.
A jak zacząć taką rozmowę z bliskimi, żeby nie zabrzmiała jak zapowiedź rychłej śmierci? Albo żeby druga osoba nie pomyślała, że mamy niecne zamiary i chcemy wyciągnąć od niej hasła?
Tylko czy w ogóle trzeba o tym rozmawiać? W aplikacji gromadzimy informacje dla nich, więc to wyłącznie nasza decyzja.
No tak, ale załóżmy, że chcę zachęcić koleżankę do założenia cyfrowej teczki. Może się oburzyć: "A co ty mi tu sugerujesz?".
My podchodzimy do tego trochę inaczej. Mówimy: jeśli masz jakąkolwiek polisę na życie, choćby wykupioną w ramach umowy o pracę czy przed wyjazdem na wakacje, to zakładasz, że mogą zdarzyć się różne rzeczy. Żeby jednak takie zabezpieczenie rzeczywiście pomogło w razie nieszczęścia, trzeba pójść o krok dalej i zgromadzić informacje o tym, co posiadasz i gdzie tego szukać.
To przydaje się również na co dzień. Porządkujesz wiedzę o własnym majątku, sprawdzasz, z czego korzystasz, i możesz się choćby zorientować, ile masz aktywnych subskrypcji.
Aplikacja sama podpowiada, o czym warto pamiętać?
W aplikacji są proste kreatory, które pomagają na przykład przygotować się do urlopu. Użytkownik wybiera, dokąd jedzie, na jak długo, co zostawia w domu i jakie sprawy musi jeszcze załatwić. Na końcu otrzymuje gotową notatkę.
Mamy też kreator dla programistów. Kodowanie z wykorzystaniem AI jest dziś bardzo popularne, ale często tylko sam twórca wie, z jakich systemów korzysta, gdzie przechowuje loginy i czy ma tam klucze do OpenAI. Kreator krok po kroku pyta o używane narzędzia, podpowiada, jakie informacje zgromadzić, a na koniec generuje instrukcję, co zrobić z nimi w sytuacji kryzysowej.
Od czego zacząć budowanie takiej cyfrowej mapy?
Zacząłbym od dwóch podstawowych rzeczy: informacji, jak odblokować telefon i jak uzyskać dostęp do głównej skrzynki e-mail. Dziś poczta elektroniczna to centrum dowodzenia. Jeśli bliscy nie będą mogli się do niej dostać, pojawi się poważny problem. Tym bardziej że wiele osób korzysta z uwierzytelniania dwuskładnikowego. Bez dostępu do telefonu i odpowiednich haseł bliscy mogą nie być w stanie zalogować się na konto.
A co z prywatnością po śmierci? Ja na przykład nie chciałabym, żeby ktokolwiek po moim odejściu czytał moje wiadomości na WhatsAppie czy Messengerze.
I nie musi. Najwięksi dostawcy, jak Apple, Google czy Meta, mają na to oficjalne procedury. Na Facebooku działa funkcja In Memoriam – za życia wskazujesz opiekuna konta, który po twojej śmierci przypnie post o pożegnaniu i ewentualnie pobierze zdjęcia, ale nie będzie miał wglądu w prywatne wiadomości.
W Google jest Menedżer nieaktywnego konta, w Apple funkcja Legacy Contact. Te mechanizmy powstały właśnie po to, by udostępniać bliskim tylko to, co bezpieczne.
Czyli zamiast przekazywać komuś login i hasło do Facebooka, lepiej skonfigurować oficjalne narzędzia?
Przekazywanie hasła jest zresztą niezgodne z regulaminami niektórych platform. Zamiast tego wystarczy zostawić bliskim w aplikacji notatkę, że na danym koncie został wyznaczony opiekun, i instrukcję, jak zgłosić się do operatora. Na naszej stronie publikujemy poradniki krok po kroku: dziś możesz skonfigurować Facebooka, jutro Google. Cały czas to ty decydujesz, jakie informacje udostępniasz i komu.
A mogę trzymać w aplikacji dane, których nie chcę przekazywać absolutnie nikomu, nawet po śmierci?
Wprowadzamy funkcję zaawansowanego zarządzania odbiorcami. Większość aplikacji jest i pozostanie bezpłatna, natomiast w wersji płatnej będzie można przypisywać konkretne notatki różnym osobom: notatka A trafi do mamy, notatka B do żony.
Będzie można też stworzyć wpisy bez żadnego odbiorcy – rodzaj podręcznego, zaszyfrowanego sejfu na hasła wyłącznie do własnego użytku. Wtedy bliski po naszej śmierci otrzyma tylko te informacje, które formalnie dla niego przeznaczyliśmy.
Ciąg dalszy wywiadu poniżej
Zobacz także
Są ludzie, dla których sama myśl o śmierci jest tak paraliżująca, że nie tkną takiego narzędzia?
Na pewno są. Ale w Polsce jest dziesięć milionów polis na życie, więc lęk przed samym tematem wydaje mi się nieco na wyrost. Większym problemem jest brak świadomości, że polisa nie załatwia wszystkiego. Trzeba jeszcze zostawić bliskim mapę: co po nas zostało i gdzie tego szukać.
I to musi być maksymalnie wygodne. Jedziesz autobusem, dostajesz powiadomienie o nowej polisie, dwoma kliknięciami dodajesz ją do aplikacji i masz sprawę z głowy.
Co z perspektywy rodziny okazuje się największym cyfrowym problemem po odejściu bliskiego?
Brak wiedzy, gdzie w ogóle znajdują się aktywa. Klucze do kryptowalut, konta maklerskie, fundusze, lokaty bankowe. Nie chodzi o to, że zmarły celowo cokolwiek ukrywał. Zakładasz nową lokatę i po prostu nie opowiadasz o tym przy obiedzie żonie, a nawet jeśli wspomnisz, po trzech latach nikt o tym nie pamięta. Potwierdzenia wpadają na maila, a rodzina nie ma pojęcia, że takie środki w ogóle istnieją.
Bo majątek to nie tylko banki.
Właśnie. Drugi problem to przedmioty, których wartości bliscy nie potrafią oszacować. Mamy około stu użytkowników, którzy kolekcjonują drogie alkohole, głównie whisky. Zapisują w aplikacji zdjęcia butelek wraz z wyceną, żeby po ich śmierci nikt nie otworzył unikatowej butelki wartej fortunę jak zwykłego trunku, tylko wiedział, że to inwestycja do spieniężenia. Podobnie z dziełami sztuki czy bronią.
Z bronią? Jak to wygląda formalnie?
Strzelcy sportowi mierzą się z prawdziwym paragrafem 22. Broń musi być przechowywana w certyfikowanej szafie pancernej, do której za życia właściciela nie mogą mieć dostępu osoby nieuprawnione. Ujawnienie domownikom kodu czy miejsca przechowywania klucza może oznaczać utratę pozwolenia. Po śmierci właściciela pojawia się jednak inny problem: rodzina ma obowiązek niezwłocznie przekazać broń do depozytu policji.
Jeśli nikt nie zna szyfru ani nie wie, gdzie szukać klucza, pozostaje wezwanie ślusarza lub przecięcie szafy, co może kosztować kilka tysięcy złotych. Dlatego część strzelców zapisuje w aplikacji informację, gdzie po ich śmierci znaleźć zapasowy klucz lub kod. Dzięki temu żona może otworzyć szafę w obecności wezwanych funkcjonariuszy.
Pierwszy raz w życiu cieszę się, że nie mam ani sejfu, ani szafy pancernej. Kamień z serca.
Zawsze coś po nas zostaje. Coraz częściej mierzymy się z dziedziczeniem transgranicznym. Ludzie mieszkają za granicą, pracują w różnych krajach, otwierają tam rachunki, a poszukiwanie majątku poza Polską potrafi kosztować krocie. Czasem za granicą zostają wręcz nieruchomości, o których nikt nie wiedział.
Naprawdę można nie wiedzieć o mieszkaniu za granicą?
Mój przyjaciel przeżył to na własnej skórze. Jego ojciec zmarł nagle w wieku 70 lat w Hiszpanii. Przyjaciel jest informatykiem, wszedł na komputer ojca i odkrył, że ten zaledwie tydzień przed śmiercią kupił tam mieszkanie. Gdyby syn nie dostał się do plików na komputerze, to mieszkanie mogłoby przepaść na zawsze. Brzmi niewiarygodnie, ale to autentyczna historia.
A czy takie "włamanie się" do komputera albo telefonu zmarłego jest legalne?
Można złamać regulamin usługi, ale przede wszystkim trzeba uważać, by nie naruszyć prawa karnego. Nie wolno po prostu wziąć karty zmarłego, pójść do bankomatu i wypłacić gotówki. Takie działanie może zostać potraktowane jako kradzież. Pieniądze na rachunku wchodzą do masy spadkowej. Wyjątkiem jest dyspozycja wkładem na wypadek śmierci, złożona wcześniej przez właściciela rachunku. Wskazana przez niego osoba może wówczas wypłacić środki do wysokości dwudziestokrotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez konieczności czekania na formalne potwierdzenie nabycia spadku.
Poza takimi procedurami nie wolno po cichu "czyścić" kont zmarłego. Chodzi nie o logowanie się na cudze profile z naruszeniem prawa, ale o wiedzę, do jakich instytucji spadkobiercy powinni zwrócić się oficjalną drogą.
Dlaczego tak rzadko o tym rozmawiamy? Pieniądze wciąż są tabu?
Czasem po prostu nie chcemy dzielić się za życia stanem konta. Ale chyba nikt nie ma intencji, żeby po śmierci sprezentować swoje oszczędności bankom? A bez wskazówki dla bliskich te środki zostają uwięzione w systemie na lata.
Może niektórzy chcą tak się zemścić zza grobu?
To raczej nie są nasi odbiorcy. Tworzymy aplikację dla ludzi, którzy chcą zdjąć ten ciężar z barków najbliższych. Zostawić porządek w sprawach, zapiąć wszystko na ostatni guzik i mieć czyste sumienie.




