Karol Nawrocki i Donald Tusk
Prof. Agnieszka Kasińska-Metryka: Historia z rzekomym zamachem na Karola Nawrockiego jest nieracjonalna Fot. Shutterstock; montaż: naTemat.pl

Historia z rzekomym zamachem na Karola Nawrockiego jest nieracjonalna i nielogiczna, ale jednocześnie ma wielki potencjał do budowania mitu i internetowych zasięgów – mówi naTemat.pl prof. Agnieszka Kasińska-Metryka. Z politolożką Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach rozmawiamy o wzrastającej popularności głowy państwa, kluczowej dla nastrojów społecznych w Polsce relacji z Ukrainą i fatalnej reakcji rządu Donalda Tuska na aferę szpitalną.

REKLAMA

Maciej Bąk, naTemat.pl: Czy w historii o rzekomym otruciu Karola Nawrockiego widzi pani coś więcej niż tylko chwyt marketingowy?

Nie wiem, czy bym nazwała to tak prosto określeniem "chwyt marketingowy", bo tu jest bardzo dużo połączonych elementów. To wręcz marketingowe combo, a nawet powiedziałabym: próba tworzenia eposu.

I, jak rozumiem, wcale nie chodzi o promocję książki profesora Andrzeja Nowaka – chociaż na pewno to też się jej przysłuży – ale bardziej o marketing polityczny?

Chodzi przede wszystkim o postać jej głównego bohatera. Według mnie jest to nic innego jak tworzenie legendy. Polityka ma to do siebie, że lubi wielkie historie, wielkie opowieści. I to właściwie już od czasów starożytności. Tutaj został powtórzony ten sam motyw, o którym możemy czytać w opowieściach z czasów wielkich cesarzy, czyli motyw otrucia lidera. Trudno sobie wyobrazić bardziej chwytliwą historię. Przyznam jednak, że chciałabym poznać osobę, która stoi za pomysłem, by tak wiele elementów włączyć do tego eposu w jednym czasie.

Ta historia właściwie ani trochę nie trzyma się kupy. Nikt wtedy nie zawiadomił służb. Nawrocki po wyjściu z autobusu czuł się doskonale. Wiemy, że regularnie zażywa snusy i mógł po prostu zatruć się nikotyną. Ale jednak ktoś pomyślał, że tą historią zasieje z ludziach chociaż ziarenko wątpliwości.

Pana analiza i moje postrzeganie tej historii są racjonalne. Natomiast kategorię zdrowego rozsądku trzeba w tym momencie wyłączyć. Bo ani czynnik czasu, który przemawia za tym, że jest to co najmniej dziwne, żeby 13 miesięcy po zdarzeniu do niego wrócić, ani te opowieści z punktu widzenia medycznego – ktoś zachowuje się "jak pod wpływem egzorcyzmów", po czym siada w autokarze i prowadzi kolejne spotkanie, ani to, że nikt nie został o sprawie zawiadomiony – to wszystko sprawia, że trudno o bardziej irracjonalne zestawienie.

Proszę jednak zauważyć, że nawet elektorat w średnim wieku nie musi w tej materii sięgać po historyczne przykłady i zaglądać aż do starożytności. Pamiętamy byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenkę. To, w jaki sposób wyglądał, w jaki sposób toksyny, które mu podano, działały, jak wyglądała jego twarz, to się bardzo łatwo przenosi i przebija w tego typu opowieść na naszym podwórku. Tutaj jeszcze dodatkowo mamy różne insynuacje, które są budowane wokół tego, jak Nawrocki w książce o tym opowiedział.

Mnie chyba najbardziej rozbawił sposób rzekomego przenoszenia tej toksyny, bo tutaj jeszcze pojawia się mit rycerskości, czyli kandydat, który całuje kobiety po rękach i być może tym sposobem właśnie ta toksyna się do niego dostaje, ale on tego nie zaprzestanie, mimo że – jak widać – może robić to z narażeniem życia. Ma pan rację, racjonalności brak, natomiast wątków emocjonalnych i takich, które skłaniają nas do powtarzania tej historii, nadawania jej internetowych zasięgów, jest bardzo dużo.

Mamy z najnowszej historii przykład realnego zamachu i realnego wzmocnienia po nim pozycji polityka. Chodzi o próbę zabójstwa Donalda Trumpa, która miała miejsce na finiszu ostatniej kampanii prezydenckiej. To był jeden z czynników, które wyniosły go ostatecznie do władzy. Polska prawica chce mieć w swoim portfolio podobną historię?

Złośliwie chciałoby się powiedzieć, że skala zamachu była tam jednak inna. Tam oglądaliśmy zdarzenie na żywo, był ten słynny gest prezydenta Trumpa po strzale, to był potężny obrazek, tak niezbędny w polityce. Tutaj jest to trochę odgrzewana historia. Coś, co możemy sobie tylko wyobrażać. Z tym że takie zatrucie z torsjami, z utratą świadomości, nie jest czymś tak spektakularnym jak to, co oglądaliśmy w Stanach Zjednoczonych, kiedy błyskawicznie pojawiły się odniesienia do zamachu na Kennedy'ego. Więc nawet jeżeli jakaś inspiracja była, to została ona nieudolnie przetworzona na polskie realia.

Jeśli zakładamy, że opowiedzenie publicznie tej historii w tym akurat momencie miało polityczny cel, to chciałbym zapytać: dlaczego teraz? Politycy PiS błyskawicznie połknęli haczyk i zaczęli w swoim stylu jeszcze podkręcać tę historię. W czym jak w czym, ale w mówieniu o teoriach zamachów mają potężne doświadczenie. Ba, w 2015 roku pomogło im to przejąć w Polsce władzę.

Zgadzam się, nie ma tutaj przypadkowości. Tym bardziej, że i prezydent, i jego otoczenie, mieli w poprzednich miesiącach tak wiele możliwości, żeby tę historię wywołać. Choćby w doraźnej walce politycznej, dla wzmocnienia mitu głowy państwa, która Rosjanom się nie kłania.

Ja uważam, że ta historia została wywołana właśnie teraz, by stać się pewnie niewiodącym, ale mimo wszystko elementem narracji służącej wyborom parlamentarnym. Mówiącej jak bardzo prawica w Polsce, łącznie z głową państwa, jest prześladowana, jak naraża życie dla racji stanu.

Tym samym budzi się u ludzi odruch szacunku i wdzięczności. A jak możemy wyrażać wdzięczność dla danych sił politycznych? Oczywiście głosem oddanym do urny. Z perspektywy marketingowej ten timing jest jak najbardziej uzasadniony.

Ale Karol Nawrocki i bez tej historii ma rosnące notowania. Chyba oboje się zgodzimy, że jest to efekt jego zdecydowanej reakcji na ostatnie działania Ukrainy gloryfikującej UPA wbrew protestom Polski. Prawicowe partie – z Grzegorzem Braunem włącznie – coraz bardziej ochoczo liczą na to, że zostanie on patronem przyszłej koalicji.

Marketing polityczny doskonale zna ten element przenoszenia sympatii. Oboje z pewnością się zgodzimy, że głowa państwa wyszła z roli arbitra, czyli kogoś, kto jest ponad bieżącymi sporami partyjnymi. Tutaj i ta proweniencja, i te konotacje związane z prawą stroną sceny politycznej są oczywiste. Do tego dochodzi fala antyukraińskości, która przechodzi przez Polskę, i która została wzmocniona ewidentnie coraz mocniej radykalizującą się polityką, to wszystko może zwiastować sukces. Pytanie, jak sprawnie ta narracja zostanie podtrzymana. A tutaj akurat uważam, że politycy prawicowi radzą sobie świetnie, jeżeli chodzi o kolportowanie tych treści, które chcą, żeby do obiegu informacyjnego trafiły.

Profesor Grzegorz Motyka w ostatnim wywiadzie dla Interii przestrzegał polskich polityków przed bezkrytycznym opowiadaniem się za Ukrainą, z uwagi na to, co jeszcze może się nieprzychylnego dla Polski wydarzyć ze strony Kijowa. I zastanawiam się, czy Donald Tusk swoją proukraińską postawą nie zabrnął w kozi róg i nie stoi na przegranej pozycji przy obecnych nastrojach społecznych?

Faktycznie może ostatnie jego wypowiedzi mogłyby wskazywać na dość jednoznaczne stanowisko, ale już te wcześniejsze były znacznie bardziej wyważone. Uważam, że akurat Donald Tusk ma wciąż ten instynkt polityczny i ucho społeczne, zwłaszcza na obszary drażliwe. Jego ostatnia reakcja była reakcją na konkretne wydarzenie, czyli na odebranie Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu. Natomiast gdybym miała prognozować, to uważam, że teraz nastąpi odsunięcie się rządu na pozycje umiarkowane, czyli: pomoc Ukrainie tak, ale pamięć o bohaterach również. Nie uważam, że Tusk zabrnął za daleko i nie będzie miał już manewru, by się wycofać. Zresztą nawet patrząc na rozkłady sympatii i antypatii względem Ukrainy, to trudno dziś znaleźć środowiska w Polsce – może poza organizacjami świadczącymi pomoc uchodźcom, które byłyby tak bardzo jednoznacznie proukraińskie. Dlatego politycy również nie będą szli w tę stronę.

Obserwuje pani polityczne narracje w internecie, gdzie prawica od wielu miesięcy dominuje, i widzi pani z pewnością opowieści, jakie snuje. A jest ich sporo: kwestie związane z migracją, z fatalną kondycją rolnictwa, z Ukrainą, do tego ten "zamach". Zastanawiam się, co w kontrze ma do opowiedzenia koalicja rządząca? Bo ostatnio głównie się broni przed aferą szpitalną, a kroków do przodu nie widać.

Zgadzam się, dla mnie to, co teraz robi koalicja – a właściwie czego nie robi – to typowe działania responsywne. Z jednej strony mamy ten wizerunkowy pożar, który wybuchł w najgorszym z możliwych dla rządu momentów. Z drugiej strony problemy z zajęciem zdecydowanie jednoznacznego stanowiska wobec Ukrainy. A przecież to są w tej chwili dwa wątki, które najbardziej rozpalają debatę publiczną. I politycy prawicy każdego dnia, z naprawdę bardzo dużym zaangażowaniem i konsekwencją dzielą się tymi wiadomościami, niezależnie od tego, ile tam jest dezinformacji, a ile faktów. Natomiast to, co widzimy, i co słyszymy ze strony polityków Koalicji Obywatelskiej, to są typowe działania w ramach zarządzania kryzysowego. Mimo że są wakacje, to do wyborów nie zostało wiele, więc jest to już czas, gdy należałoby zacząć składać konkretne deklaracje, pokazywać konkretne pomysły. A tego po prostu nie ma.

Ja w ogóle odnoszę wrażenie, że wszystkie partie w Polsce słabo sobie radzą z zarządzaniem kryzysowym, ale to, jak bardzo nie radzi sobie z tym obecnie Koalicja Obywatelska, jak bardzo nie wyciąga wniosków, jest po prostu przerażające. Jak Titanic, który idzie na zderzenie z górą lodową.

Przykład: dowiadujemy się o posłance Małgorzacie Pępek, która skorzystała z przyspieszonego trybu badań w szpitalu w Żywcu. I co? I właściwie nie spotykają jej żadne konsekwencje. A jednocześnie ta sama osoba wypowiada się w mediach w sposób absolutnie zaprzeczający logice wypowiedzi politycznej. Ktoś, kto ośmiesza, kto dezawuuje, kto wzbudza niechęć w obywatelach, powinien być spektakularnie ukarany, a nie zostaje. Obywatele to widzą. To już nie jest zniechęcenie, to jest po prostu złość, frustracja, a to może być bardzo silne paliwo, by zagłosować na inną siłę polityczną albo nie zagłosować wcale.

A może Donald Tusk i jego ekipa liczą na to, że temat wypali się przez wakacje, przez sezon ogórkowy, i wrócą na jesień z nową inicjatywą? Tylko czy nie będzie na to to już trochę za późno, bo prawica się zbroi na wybory już teraz.

To może być za późno. Zresztą mówienie, że wrócą z nową inicjatywą, jest myśleniem życzeniowym, bo nic na razie tych inicjatyw nie zapowiada. Natomiast proszę zauważyć, że sezonu ogórkowego w polityce nie ma już od dawna, bo sami politycy nam nie dają przestrzeni na wypoczynek.

Ale to, co w wakacje dzieje się nadal, to to, że spotykamy się z rodziną, ludzie wspólnie biesiadują, wyjeżdżają i ta polityka pojawia się w dyskusjach. I co będzie teraz tematem najbardziej istotnym? Właśnie te kwestie, które teraz są bardzo obciążające dla koalicji. Nie zaproponowano żadnej historii, za to jeszcze dodatkowo wzrosły ceny paliw. Nie ma żadnego bodźca do optymistycznych rozmów. Nawet mocno zadeklarowani zwolennicy tej liberalno-demokratycznej strony sceny politycznej nie zostali wyposażeni w żadne argumenty, by swojej formacji bronić. I tutaj widzę największą słabość.