
Polska walczy z demograficzną zapaścią, państwo próbuje zachęcać Polki do rodzenia, a ZUS... sprawia, że wiele z nich o kolejnym dziecku przestaje myśleć. – Pamiętam moment, gdy szłam z mamą i synami, i po prostu rozpłakałam się na środku drogi. Mówię: "Moje dzieci nie mają spodni". Musiałam płacić składki, po 2,5 tysiąca miesięcznie, a pieniędzy z ZUS-u nie było żadnych.
Luty 2024 roku. Paulina wraca z pogrzebu swojej mamy. Jej synek ma zaledwie cztery miesiące. Zagląda do skrzynki i czuje, jak grunt usuwa jej się spod nóg. Zasiłek macierzyński jej się nie należy. Ma wrażenie, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych właśnie uznał ją za oszustkę i wyłudzaczkę.
Rozpacz po stracie mamy łączy się z upokorzeniem. Dławi i rozdziera.
– Myślałam, że to, co się stało, już przepracowałam, ale jednak nie – Paulina zanosi się płaczem.
Robimy małą przerwę. Potem powie mi, że najgorszy był wstyd. Zadręczała się pytaniami: może zrobiła coś nie tak? Może rzeczywiście jest winna?
***
Grudzień 2023 roku. Patrycja jest w ósmym miesiącu ciąży. Zamiast kompletować wyprawkę, robi screeny maili, prezentacji i kalendarzy. Potem to wszystko drukuje. Cały karton dowodów przedstawi Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych.
Musi udowodnić, że jej kariera w mediach, wysokie stanowiska i lata opłacania składek nie są ustawką wymyśloną po to, by oszukać system.
Wszystko zaczęło się trzy miesiące wcześniej. Patrycja dowiedziała się, że dziecko, które nosi pod sercem, ma wadę wrodzoną. Poszła na zwolnienie lekarskie. To miał być czas na odzyskanie równowagi i spokoju.
Nagle dostała pismo z ZUS-u o wszczęciu kontroli. Początkowo machnęła na nie ręką.
– Myślałam, że nic mi nie grozi, bo przecież pracowałam. Przedstawiłam im dowody. Jestem zadaniowa, ułożona, zawsze grałam uczciwie. Standardy rzetelności miałam we krwi – podkreśla.
Myliła się. ZUS widział to inaczej.
***
Klaudia do dziś zna wszystkie daty na pamięć. Przelew z ZUS- u miał przyjść właśnie 5 marca. Ale nie przychodził. Pod jej sercem biło wtedy drugie, maleńkie serce.
– Czekałam na te pieniądze. Kiedy nie przyszły, zadzwoniłam na infolinię. Usłyszałam, że w mojej sprawie toczy się "postępowanie wyjaśniające w sprawie fikcyjności zatrudnienia" – wspomina Klaudia. – To był szok. Pracowałam tam legalnie od lat, miałam badania, dokumenty, lata stażu w nogach. A oni nagle uznali, że mnie tam nie ma.
Przez dziesięć lat była dla państwa niewidzialna na "śmieciówkach". Gdy w końcu dostała etat i zaszła w ciążę, państwo nagle ją dostrzegło. Ale nie tak, jakby tego chciała.
***
Kasia wróciła ze szpitala wycieńczona. W domu czekał list. Urzędnicy znaleźli błąd w kwalifikacji umów jej pracowników. – To była moja naiwność, zaufałam złej radzie księgowej. Przyznałam się, uregulowałam zaległość natychmiast. Myślałam, że to koniec – opowiada, a w jej gardle rośnie gula.
Ale to był dopiero początek.
***
W pewien wiosenny dzień Beata rozpłacze się na środku drogi i wykrzyczy: "Moje dzieci nie mają spodni!". ZUS wstrzymał jej zasiłek i dał siedem dni na dostarczenie dwustu stron dowodów na to, że pracowała "naprawdę". Siedem dni, w tym długa majówka.
***
Paulina, Patrycja, Klaudia, Kasia, Beata. Wszystkie usłyszały podobne pytania i zarzuty. Wszystkie miały poczucie, że zapadł wobec nich nieoficjalny, urzędowy wyrok: jesteś lub byłaś w ciąży, więc możliwe, że chciałaś wyłudzić świadczenia.
Jak na przesłuchaniu
W słowniku urzędowym istnieje pojęcie "pozorności zatrudnienia". To sytuacja, w której umowę podpisuje się tylko po to, by wyłudzić świadczenia, nie wykonując żadnej pracy.
Ale Paulina uwielbiała swoją pracę. Nie korzystała ze zwolnienia lekarskiego, mimo że lekarz jej to proponował. Ciążę znosiła znakomicie. Jako copywriterka i specjalistka od marketingu w firmie z branży suplementów, chciała się wykazać. Wiedziała, że jest potrzebna. Pracowała przy biurku właściwie do dnia porodu.
Potem urodziło się dziecko. Mijał pierwszy miesiąc, drugi, trzeci. Zasiłek nie przychodził. Zamiast pieniędzy, przyszło pismo.
– ZUS odmówił mi prawa do zasiłku, bo uznał mnie za oszustkę. Byłam zdruzgotana. Jeszcze tydzień wcześniej, kiedy jechałam do domu rodzinnego, mama mówiła mi: "nie martw się, wszystko będzie dobrze". Tydzień później już jej nie było, a ja zostałam z "aktem oskarżenia" z urzędu – opowiada, znów walcząc ze łzami.
Klaudia miała zaledwie 16 lat, kiedy zaczęła pracę w gastronomii. Nie szukała dróg na skróty – zdobyła wykształcenie, zakasała rękawy i pięła się po szczeblach, aż została menadżerką. Pracowała, dopóki mogła, potem przeszła na zwolnienie.
I się zaczęło: dostała listę blisko 30 pytań. Urzędników interesowało wszystko: skąd zna szefa, jakie ma kwalifikacje i dlaczego – ich zdaniem – zarabia za dużo.
Kazano jej przynieść dyplom, suplement do dyplomu, a nawet tłumaczyć się, o czym pisała pracę magisterską. Jakby temat pracy dyplomowej miał jakikolwiek wpływ na to, czy menedżerka naprawdę zarządza restauracją. Do tego żądanie: znajdź świadków. Ale nie rodzinę – obcych ludzi, którzy przysięgną, że widzieli cię w pracy.
– Czułam się jak na przesłuchaniu. Jakbym była przestępczynią, a nie kobietą w ciąży. Każdy miesiąc to było to samo pismo: "postępowanie przedłużone". I tak w kółko – opowiada.
Patrycja przez trzy lata współpracowała z firmą na B2B. W lipcu 2023 roku, drogą awansu, podpisała umowę o pracę.
Krótki staż na etacie i nagle ciąża? Urzędnicy zaczęli wietrzyć podstęp. Patrycja odliczała już dni do porodu, kiedy ZUS zakwestionował jej zatrudnienie. Miała poczucie, że przypięto jej łatkę oszustki.
– Odwoływałam się od tej decyzji na dwa tygodnie przed terminem. Byłam już chodzącą "bombką", a musiałam toczyć batalię z urzędem. Zamiast czytać o chorobie mojego dziecka, studiowałam przepisy ZUS-u – wspomina z goryczą.
Beata założyła działalność gospodarczą, wsiadła za kółko i została kurierem. Kiedy dowiedziała się, że jest w trzeciej ciąży, nie zwolniła tempa. Płaciła wysokie składki, pracowała uczciwie i legalnie. Ale kiedy pojawiła się cukrzyca ciążowa i niebezpieczne spadki cukru, poszła na zwolnienie. Wtedy do jej drzwi zapukał ZUS.
Kasia, agentka ubezpieczeniowa, budowała swoją firmę od lat. Egzaminy, licencje, zdobywane zaufania klientów. Kiedy zaszła w ciążę, ZUS uznał jej działalność za... fikcyjną.
Rachunek za stres
O ile ciążę Paulina przeszła wzorowo, o tyle opieka nad synkiem okazała się wyzwaniem. Chłopczyk niemal cały czas płakał, mimo że był zdrowy. Paulina tuliła go i uspokajała, a w wolnych chwilach, z płaczącym dzieckiem na ręku, szukała dokumentów, które miały udowodnić ZUS-owi, że nie oszukała państwa.
Syn Pauliny ma już dwa i pół roku. Czy czuje spokój? – I tak, i nie. Zawsze zostaje cień lęku, że za pięć lat uznają, że jednak mi się nie należało i każą wszystko oddać. Mam nadzieję, że to tylko moje obawy, ale żal do systemu pozostał.
Mimo że Patrycja ma u boku pracującego męża, to na jej barkach spoczywało główne utrzymanie rodziny. Przez dwa lata – od listopada 2023 do lutego 2026 roku – nie dostała ani złotówki zasiłku.
– Gdyby nie oszczędności, byłoby fatalnie. Żyliśmy pod kreską, liczyliśmy każdą złotówkę. Szczęście w nieszczęściu, że moje dziecko otrzymało orzeczenie o niepełnosprawności. Dzięki temu udało mi się uzyskać świadczenie z MOPS-u. To był jedyny ratunek. Widzi pani ten absurd? Państwo przyznało, że dziecko jest chore i potrzebuje wsparcia, ale jednocześnie uznało, że jego matka jest wyłudzaczką i nie należy jej się macierzyński – ironizuje.
Patrycja podupadła na zdrowiu psychicznym. Musiała pójść do psychiatry, wrócić na terapię. Nie było jej na to stać. To mama sfinansowała jej leczenie. I zaopatrywała lodówkę.
– Dziadkowie mojej córki skompletowali też całą wyprawkę. Bez nich byśmy nie przetrwali – mówi wprost.
Klaudia: – W czasie postępowania rozwinął się u mnie stan przedrzucawkowy. Myślę, że to przez ten stres. Pisałam do nich prośby, błagałam o przyspieszenie. Tłumaczyłam, że leżę na patologii ciąży, że to jest niebezpieczne dla mojego dziecka. Zignorowali to. Dla nich byłam tylko numerem sprawy, nie człowiekiem – mówi gorzko.
Beata musiała płacić składki – po 2,5 tysiąca złotych miesięcznie – a z ZUS-u nie dostawała ani grosza. Gdyby nie pomoc rodziny, nie wiedziałaby, co włożyć do garnka. Nad głową wisiał kredyt hipoteczny, a urzędnicy milczeli. Dopiero dramatyczna interwencja u dyrektora w Gdańsku sprawiła, że sprawę umorzono. Ale trauma została.
– Gdyby to mnie spotkało przy pierwszej ciąży, nie chciałabym mieć więcej dzieci. To było straszne. Zamiast cieszyć się tym stanem, czułam paraliżujący lęk – podsumowuje.
Kasia: – Popadłam w depresję. Miałam najgorsze, najstraszniejsze myśli. Moja pięcioletnia córka do dziś boi się, że nagle zniknę. Ona mój stres chłonęła jak gąbka – wyznaje.
Czają się jak koty
Kiedy w końcu dochodzi do konfrontacji, okazuje się, że potężny urząd, który przez miesiące niszczył spokój matek, nie ma nic do powiedzenia.
Paulina od decyzji sąd złożyła odwołanie. ZUS nie zmienił decyzji i przekazał odwołanie do sądu. We wrześniu 2024 roku odbyła się rozprawa. – Sędzia wydawał się znużony tematem. Myślałam, że będę w ogniu pytań, a było ich niewiele. Pani mecenas uprzedziła nas, że przyjdzie ktoś z ZUS-u, najprawdopodobniej nie będzie przygotowany i nie odezwie się ani słowem. Rzeczywiście, przyszedł pan, który przez całą rozprawę tylko coś notował. Mecenas żartowała, że pewnie rysuje szlaczki. Równie dobrze mogłoby go nie być.
Patrycja dopiero dwa lata po decyzji ZUS-u została w końcu przesłuchana. – Co najciekawsze, ZUS kwestionował to, czy ja w ogóle pełniłam obowiązki służbowe, mimo masy dowodów i świadków. Na rozprawie, podczas której słuchano świadków, urzędnicy w ogóle się nie zjawili. Kiedy zeznawałam, przedstawiciel ZUS był obecny, ale po pytaniach mojej prawniczki stwierdził tylko, że "nie ma pytań". Ich rola w tym wszystkim była żadna, poza wydawaniem kolejnych negatywnych decyzji – relacjonuje.
Wyrok zapadł w lutym 2026 roku. ZUS nie złożył apelacji.
O wygranej Patrycja dowiedziała się... przez telefon.
– Zadzwonił pan z urzędu i po prostu zapytał o numer konta. Tak, jakby te dwa lata wyjęte z życia nigdy się nie wydarzyły – nie dowierza.
W uzasadnieniu jej wyroku napisano jasno: prawo nie zabrania zatrudniania kobiety w ciąży ani zmiany formy zatrudnienia.
Ale urzędnicy wiedzieli swoje.
Urząd stwierdził, że "wierzy" Klaudii dopiero na miesiąc przed porodem.
– Nikt mnie nie przeprosił. Nikt nie zapytał, jak przeżyłam pięć miesięcy bez środków do życia, drżąc o zdrowie dziecka na oddziale patologii. Usłyszałam tylko, że badali sprawę, bo "za dużo zarabiam". Po wszystkim został we mnie tylko ogromny niesmak i poczucie, że dla tego systemu matka jest wrogiem numer jeden.
Beata opowiada, że po złożeniu papierów zapadła cisza. Wyznaczony urzędnik przestał odbierać telefony. Została bez zasiłku chorobowego, bez środków do życia i z rosnącym lękiem. Stres stał się nie do zniesienia.
Kiedy udało jej się w końcu dodzwonić na infolinię, zapytała urzędniczkę wprost: "Czy ja mam stanąć na moście, żebyście się mną zainteresowali?".
– To nie był sposób na wymuszenie informacji. Ja naprawdę tak się wtedy czułam – wyznaje.
– Pamiętam moment, gdy szłam z mamą i synami, i po prostu rozpłakałam się na środku drogi. Mówię: "Moje dzieci nie mają spodni". Musiałam płacić składki, po 2,5 tysiąca miesięcznie, a pieniędzy z ZUS-u nie było żadnych. Gdyby nie pomoc rodziny, nie wiem, co moje dzieci by jadły. Mamy kredyt hipoteczny, a to ogromne obciążenie.
Jej sprawę umorzono, ale trauma została.
Kasia: – Stałyśmy z adwokatką przed sądem, obok był MOPS. Śmiałyśmy się gorzko, że gdybym zamiast zakładać firmę, stanęła tam w kolejce po zasiłek, miałabym święty spokój. Zamiast statusu "najgorszej oszustki na świecie".
Jej batalia z ZUS-em jeszcze się nie skończyła.
A ona sama śledzi losy innych kobiet. Słyszała o dziewczynie, która miała pół miliona przychodu, a ZUS i tak uznał jej biznes za fikcję. – Oni szukają haka. Czają się jak takie koty, żeby dopaść kobietę w ciąży i zaatakować.
ZUS kontroluje, RPO interweniuje
Historie moich bohaterek nie są wyjątkiem. Doświadczają ich ciężarne i młode matki w całej Polsce. Z dnia na dzień kobiety tracą jedyne źródło dochodu – właśnie wtedy, gdy najbardziej go potrzebują.
Nic dziwnego że praktyką Zakładu Ubezpieczeń Społecznych zainteresował się sam Rzecznik Praw Obywatelskich. Zwraca uwagę, że ciężarne i młode matki znajdują się w szczególnie trudnym położeniu. Zamiast skupić się na ciąży, połogu i opiece nad noworodkiem, muszą walczyć z urzędem, kompletować dokumenty i udowadniać, że ich zatrudnienie było legalne.
RPO przypomina, że sama ciąża nie może być podstawą do kwestionowania umowy o pracę. Sądy od lat podkreślają, że podjęcie zatrudnienia przez kobietę w ciąży – nawet jeśli wiąże się z uzyskaniem prawa do świadczeń – nie jest obejściem prawa. Podobne stanowisko zajął Europejski Trybunał Praw Człowieka. W wyroku z 4 lutego 2021 r. w sprawie Jurčić przeciwko Chorwacji uznał, że kwestionowanie zatrudnienia wyłącznie z powodu ciąży może stanowić dyskryminację ze względu na płeć.
Zdaniem Rzecznika państwo ma obowiązek otaczać kobiety w ciąży i młode matki szczególną ochroną, a nie narażać je na tygodnie czy miesiące życia bez środków do życia. Dlatego też zastępca RPO Stanisław Trociuk wystąpił do ZUS o wyjaśnienia.
Co na to ZUS? Zakład odpowiada, że jest związany przepisami. Podkreśla, że świadczenia z ubezpieczenia chorobowego i macierzyńskiego może wypłacać wyłącznie osobom, których prawo do ubezpieczenia zostało potwierdzone. Dlatego – jak zaznacza – wypłata następuje dopiero po ustaleniu wszystkich okoliczności niezbędnych do przyznania zasiłku.
"Najpierw ci zabierzemy, a potem oddamy"
Moje bohaterki mówią wprost: to polowanie na kobiety. O tym, jak kobiety w ciąży z góry traktowane są jak podejrzane, rozmawiam z mec. Martą Handzlik-Rosuł, prawniczką z wieloletnim doświadczeniem i specjalistką w zakresie prawa pracy.
Zasada jest prosta: jeśli niedawno się zatrudniłaś i spodziewasz się dziecka, system musi cię prześwietlić. Bo może coś ukrywasz.
– Generalnie z przepisów nie wynika nic takiego, że jeśli kobieta jest w ciąży i dopiero się zatrudniła albo założyła działalność gospodarczą, to należy ją kontrolować i zmuszać do udowadniania, że faktycznie pracowała – mówi wprost mec. Marta Handzlik-Rosuł. – Natomiast ZUS robi to od dłuższego czasu. Mam wrażenie, że im intensywniej szukają pieniędzy, tym więcej takich sytuacji ma miejsce.
Problem dotyczy wszystkich "nowych" pracownic, ale to przedsiębiorczynie mają najgorzej – są na celowniku ZUS-u.
– Nawet gdy chcą podwyższyć składki, żeby otrzymać wyższy zasiłek macierzyński, ZUS potrafi stwierdzić, że "nie stać ich na takie wysokie składki", więc nie mogą dostać wyższego świadczenia – tłumaczy prawniczka.
Jakie kroki prawne mogą podjąć kobiety, gdy ZUS odmawia im świadczeń lub kwestionuje ich umowy?
– Jedynym rozwiązaniem jest pójście do sądu. Walka trwa latami, bo sprawy sądowe ciągną się – niestety – niemiłosiernie.
Prawniczka podkreśla, że z doświadczenia jej i koleżanek prowadzących sprawy "ZUS kontra ciężarna", urząd zazwyczaj przegrywa spory.
– Czasami nawet nie przysyłają pracownika na rozprawy, nikt się nie stawia. Przegrywają i nie zawsze się odwołują, co pokazuje, że tak naprawdę nie mają racji – punktuje mec. Handzlik-Rosuł.
– Mechanizm jest jednak taki: najpierw ci zabierzemy, a jeśli się odwołasz, to za kilka lat po prostu zapłacimy. Moim zdaniem urzędnicy liczą na to, że nie każda kobieta się odwoła. Gdy jest się w ciąży i oczekuje dziecka, mało kto ma czas i siłę, żeby chodzić po sądach i czekać kilka lat na pieniądze.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Skąd bierze się ta konsekwencja w kwestionowaniu umów? Prawniczka wskazuje na specyfikę działania instytucji:
– Mają budżet na sprawy sądowe, który bardzo szybko wykorzystują, bo tych spraw jest po prostu dużo. Ale nikt nic z tym nie robi, bo wytyczne odgórne są takie, żeby negować tego rodzaju umowy – wyjaśnia ekspertka.
Poważnym problemem, na który wskazuje prawniczka, jest dysproporcja w traktowaniu obu stron sporu, zwłaszcza w kwestii odsetek.
mec. Marta Handzlik-Rosuł
prawniczka
Rzeczywiście, przepisy nie przewidują, że odsetki należą się automatycznie po każdej wygranej z ZUS. Zakład powinien je wypłacić wtedy, gdy opóźnienie wynikało z okoliczności, za które ponosi odpowiedzialność. W praktyce znaczenie ma m.in. to, czy już na etapie postępowania administracyjnego, na podstawie zgromadzonych dokumentów, mógł wydać prawidłową decyzję.
Masz alibi?
Osobnym problemem są kontrole zwolnień lekarskich. Wiktoria usłyszała pukanie do drzwi, gdy była w piątym miesiącu ciąży. Nie otworzyła, bo wyszła do apteki po leki i suplementy. Kilka dni później dostała wezwanie do złożenia wyjaśnień.
– Rozumie pani? Zażądali "wyjaśnień" – w jej głosie słychać gorycz. – A ja co miałam im tłumaczyć? Że poszłam po suplementy dla dziecka, które noszę pod sercem? Że śmiałam wyjść z domu?
O ciążę starała się pięć długich lat. Gdy w końcu zobaczyła dwie kreski na teście, płakała ze szczęścia. Kilka miesięcy później, będąc w piątym miesiącu ciąży, zderzyła się z ZUS-em.
Takie historie mec. Handzlik-Rosuł słyszy regularnie. Jak podkreśla, choć istnieje niewielki margines kobiet traktujących ciążę jak "wydłużone wakacje", zdecydowana większość wpada w pułapkę zastawioną przez pracodawców.
– Często to pracodawca zmusza kobietę do odejścia na L4, bo nie chce mu się dostosować stanowiska pracy do jej stanu, mimo że ma taki obowiązek. Taka kobieta słyszy: "To idź na zwolnienie". I wtedy wpada w machinę – musi udowadniać, że była tylko w aptece albo u lekarza – wyjaśnia prawniczka.
Przerażona, że samo jej słowo nie wystarczy, Wiktoria zrobiła coś, co do dziś uważa za upokarzające. Do pisma dołączyła paragon z apteki. Swoje "alibi".
– Internautki podpowiedziały mi, że inaczej nie uwierzą. To absurd. ZUS przyjął wyjaśnienia, wypłacił pieniądze, ale tu nie o pieniądze chodzi. Chodzi o to, że czujesz się jak więzień we własnym domu.
Jestem w ciąży. Ale czy na pewno?
Boją się wyjść do apteki, sklepu, a nawet wyprowadzić psa. Nie dlatego, że źle się czują. Boją się, że właśnie wtedy do ich drzwi zapuka kontroler ZUS-u.
Ciężarne mówią, że zamiast spokojnie przygotowywać się do porodu, żyją w ciągłym napięciu. W internecie nie brakuje historii, które brzmią jak scenariusze czarnej komedii.
Jedna z internautek wspomina, że ZUS wezwał ją na komisję w dziewiątym miesiącu ciąży. Odebrała to jako próbę sprawdzenia, czy rzeczywiście spodziewa się dziecka.
"Urodziłam córkę dwa dni przed terminem kontroli. Zadzwoniłam do ZUS-u ze szpitala, żeby ich poinformować, a pani urzędniczka kazała mi tego samego dnia dostarczyć zaświadczenie o urodzeniu. Leżałam na oddziale, nie mogłam wstać, a oni wymagali natychmiastowej reakcji. To jest dramat, a nie pomoc" – relacjonuje.
Podobnych historii są setki. Jedne kobiety opisują kontrole w dniu porodu, inne – wizyty urzędników tuż przed planowym cesarskim cięciem. Wszystkie zadają to samo pytanie: dlaczego państwo, które zachęca do rodzenia dzieci, traktuje ciężarne jak potencjalne oszustki?
Część obaw kobiet znajduje odzwierciedlenie w danych dotyczących liczby kontroli. Według statystyk ZUS w 2024 roku Zakład przeprowadził 3973 kontrole zwolnień lekarskich oznaczonych kodem "B", czyli dotyczących kobiet w ciąży. Rok później było ich już 5253 – o ponad 32 proc. więcej.
Kontrole ZUS same w sobie nie są jednak bezprawne. Zakład ma obowiązek chronić system ubezpieczeń społecznych i sprawdzać, czy zatrudnienie rzeczywiście miało miejsce, składki były odprowadzane prawidłowo, a zwolnienie lekarskie jest wykorzystywane zgodnie z jego przeznaczeniem. Nie można wykluczyć sytuacji, w których umowa zostaje zawarta wyłącznie po to, by uzyskać świadczenie z ubezpieczenia społecznego.
Granica między nadużyciem a legalnym działaniem nie zawsze jest jednak oczywista. Sam fakt podpisania umowy krótko przed ciążą, podwyższenia wynagrodzenia czy przejścia z działalności gospodarczej na etat nie przesądza jeszcze o pozorności zatrudnienia. Jak wskazują sądy, kluczowe znaczenie ma to, czy kobieta rzeczywiście wykonywała pracę i czy zatrudnienie odpowiadało cechom prawdziwego stosunku pracy.
ZUS podkreśla, że kontrole kobiet w ciąży nie są odrębną kategorią wymierzoną w tę grupę ubezpieczonych. Według danych Zakładu kontrole zwolnień z kodem "B" stanowiły niewielką część wszystkich kontroli prawidłowości wykorzystywania zwolnień lekarskich – w 2024 roku było to 2,86 proc. wszystkich kontroli, a w 2025 roku – 3,80 proc.
W 2025 roku ZUS przeprowadził 138 095 kontroli prawidłowości wykorzystywania zwolnień lekarskich wobec wszystkich ubezpieczonych. To o 1052 kontrole mniej niż rok wcześniej, czyli o około 0,8 proc. mniej. W wyniku kontroli w 15 732 przypadkach wydano decyzję o braku prawa do zasiłku po kontroli.
Pytanie nie brzmi, czy ZUS powinien kontrolować – ma do tego prawo. Kluczowe jest jednak to, czy stosowane środki są proporcjonalne, a postępowania prowadzone sprawnie, tak by kobiety w ciąży i młode matki nie zostawały bez poczucia bezpieczeństwa w tak szczególnym momencie życia.
ZUS tłumaczy, że kontrole są "narzędziem" służącym eliminowaniu nadużyć i nie są skierowane przeciwko żadnej konkretnej grupie ubezpieczonych.
Piotr Olewiński
Biuro Prasowe ZUS
Nieprawidłowości znaleziono u 318 na 5 tys. skontrolowanych ciężarnych.
"Matki kontra ZUS"
Coraz więcej kobiet nie godzi się jednak z decyzjami urzędu. Odwołują się do sądów, a na facebookowej grupie "Matki kontra ZUS" obok dramatycznych historii pojawiają się także wpisy o wygranych sprawach i odzyskanych świadczeniach.
Problem polega na tym, że między decyzją ZUS a prawomocnym wyrokiem często mijają miesiące, a nawet lata.
– Dlaczego ZUS od razu pozbawia kobiety środków do życia? Bohaterki mojego tekstu opowiadają, że po wydaniu decyzji z dnia na dzień zostały bez pieniędzy – pytam rzecznika.
W odpowiedzi czytam, że ZUS nie "wstrzymuje" wypłaty świadczeń, lecz wydaje decyzję o odmowie prawa do zasiłku.
Z perspektywy kobiet, z którymi rozmawiałam, różnica ma jednak charakter wyłącznie formalny. W praktyce oznacza, że po wydaniu decyzji na ich konto nie wpływają pieniądze. Zostają z niczym.
Na koniec Wiktoria prosi tylko o jedno.
– Niech pani wypunktuje te absurdy, zanim kobiety w ogóle przestaną rodzić. Bo ile można wytrzymać? Jedna z dziewczyn na grupie pisała, że ucieszyła ją kontrola, bo urzędniczka chociaż wyprowadziła jej psa. To jest śmiech przez łzy.
Ministerstwo: Wspieranie macierzyństwa i zwiększanie dzietności to strategiczne cele państwa
Z pytaniami zwróciłam się także do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Chciałam wiedzieć m.in., jak resort ocenia kwestionowanie przez ZUS umów o pracę kobiet w ciąży, czy kontrole prowadzone w dniu porodu lub w pierwszych dniach po porodzie są dopuszczalne oraz co państwo zamierza zrobić wobec decyzji Zakładu, które później uchylają sądy.
W odpowiedzi Wydział Prasowy i Wsparcia Rzecznika Biura Ministra podkreślił, że ochrona macierzyństwa oraz zasada równości i niedyskryminacji "muszą przekładać się nie tylko na sferę stanowienia prawa, ale także na praktykę jego stosowania". Dodał, że dotyczy to również działań ZUS – zarówno kontroli płatników składek, jak i decyzji dotyczących świadczeń związanych z macierzyństwem.
"Podejmujemy działania, aby kobiety w ciąży oraz matki nie musiały obawiać się o swoje bezpieczeństwo w jednym z najważniejszych momentów życia – swoim i dziecka" – czytam w odpowiedzi.
Ministerstwo przekazało, że zwróciło się do prezesa ZUS o weryfikację praktyk dotyczących kontroli kobiet w ciąży, sprawdzania podlegania ubezpieczeniom społecznym oraz przyznawania i odbierania zasiłków macierzyńskich. Resort dodał także, że odbyło się spotkanie z kierownictwem Zakładu w sprawie wstrzymywania wypłat świadczeń chorobowych kobietom w ciąży podczas kontroli.
Na koniec ministerstwo przypomniało, że "wspieranie macierzyństwa i zwiększanie dzietności to strategiczne cele państwa", a praktyki, które mogą zniechęcać kobiety do korzystania z przysługujących im praw, "powinny być eliminowane".
Jednocześnie Ministerstwo nie odniosło się szczegółowo do opisanych przeze mnie przypadków – m.in. kontroli w dniu porodu, żądania szczegółowych wyjaśnień w połogu ani skali uchylanych przez sądy decyzji ZUS.
O szczegóły zapytałam również Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. Chodziło o konkretne sytuacje opisywane przez kobiety: żądanie dowodów na prywatne zakupy, kontrole prowadzone w dniu porodu czy oczekiwanie wyjaśnień od matek tuż po urodzeniu dziecka. Pytałam, czy takie działania mieszczą się jeszcze w granicach ochrony godności i prawa do prywatności. Anna Kabulska z Zespołu Kontaktów z Mediami i Komunikacji Społecznej Biura RPO nie odniosła się jednak do konkretnych przykładów. Przekazała jedynie, że problem działań ZUS wobec kobiet w ciąży pozostaje przedmiotem analiz Rzecznika. Dodała, że był już tematem wystąpienia generalnego oraz cyklicznych spotkań ze stroną społeczną w ramach inicjatywy "Nasz Rzecznik". Jak zaznaczyła, ocena opisanych przypadków wymagałaby analizy ich indywidualnych okoliczności i dokumentacji.
"Nie uważam, że ktoś celowo szuka haków"
– Panie prezesie, jak się pan czuje z tym, że ZUS jest środkiem antykoncepcyjnym?
– ZUS nie jest środkiem antykoncepcyjnym i nie będzie takim środkiem, nie może.
To mocne pytanie padło w "Rozmowie naTemat", w której dziennikarka Anna Dryjańska skonfrontowała prezesa ZUS, dr. Liwiusza Laskę, z historiami moich bohaterek.
To właśnie doświadczenia kobiet, które opowiadały nam o kontrolach ZUS w czasie ciąży i macierzyńskiego, stały się punktem wyjścia do rozmowy.
– Gdy słyszę od pana, że w 2026 roku liczba postępowań wobec kobiet spadła o połowę, zastanawiam się: co działo się wcześniej? To musiałoby być polowanie na czarownice. Skoro spadek jest tak gwałtowny, znaczy, że coś działało bardzo źle – dociekała dziennikarka.
Prezes ZUS próbuje jednak tonować nastroje i odbija piłeczkę statystyką:
– To wyolbrzymienie. Kontrole w tym zakresie dotyczyły dotąd 3–3,5 procent ubezpieczonych kobiet. Statystycznie nie wyglądało to aż tak źle, choć oczywiście każdy przypadek osoby skrzywdzonej, wobec której niepotrzebnie wydano decyzję czy wszczęto postępowanie, jest niewłaściwy – tłumaczy dr Liwiusz Laska.
Przypomina też, że ZUS ma obowiązek kontrolować prawidłowość pobierania świadczeń.
– Mamy obowiązek dbać o składki, które wszyscy płacimy. Reagujemy w sytuacjach skrajnych – np. gdy ktoś na leżącym L4 biega maraton.
Prezes ZUS przyznaje jednak, że uwaga urzędu była w tym obszarze zbyt duża.
– Skoro udało nam się ją zredukować od stycznia o połowę, a system nadal funkcjonuje i ZUS działa, to znaczy, że trzeba było zrobić to wcześniej – mówi szef Zakładu. – Obecnie kontrole dotyczą zaledwie około 1,5 procent ubezpieczonych kobiet. Prawdziwe, gigantyczne zaległości sięgające setek milionów złotych ma u nas branża górnicza oraz sektor ochrony zdrowia. To tam są wielkie pieniądze, a nie w zasiłkach macierzyńskich.
Prezes Zakładu mówi, że jeszcze przed objęciem stanowiska sam próbował sprawdzić, skąd wzięła się tak duża liczba kontroli kobiet.
– Sam zacząłem w pewnym momencie – jeszcze jako szef Rady Nadzorczej – szukać źródeł problemu i sprawdzać, czy algorytm w jakiś sposób nie losuje tych spraw. Przeczytałem nawet książkę "Niewidzialne kobiety" (Caroline Criado-Perez- red.) – o tym, jak algorytmy czy cały system potrafią na dużą skalę dyskryminować kobiety – żeby lepiej zrozumieć te mechanizmy – mówi dr Laska.
Jednocześnie zaznacza, że nie uważa, aby urzędnicy celowo szukali nieprawidłowości u kobiet.
– Nie uważam, że ktoś celowo szuka haków. Wszyscy powinni być traktowani fair i według takich samych zasad – przekonuje dr Liwiusz Laska.
Winny bubel prawny?
Skoro – zdaniem prezesa – urząd nie szuka haków celowo, skąd wzięła się tak duża liczba kontroli? Szef ZUS wskazuje na przepisy sprzed lat, które przez długi czas były źródłem sporów z przedsiębiorczyniami.
– Problem polegał głównie na tym, że kilkanaście lat temu obowiązywał bubel prawny. Pozwalał on na to, by po zapłaceniu wyższej składki zaledwie przez miesiąc, domagać się wyższego świadczenia za cały okres. Wiele kobiet z tego skorzystało, co zapoczątkowało procesy ciągnące się do dziś – wyjaśnia prezes.
Część tych spraw przez lata trafiała do sądów. Na długość postępowań wpływały nie tylko decyzje ZUS, ale też procedury sądowe.
– Długość postępowań często nie wynika z opieszałości ZUS-u, lecz ze sprawności sądów. Trudno nawet precyzyjnie oszacować w statystykach liczbę spraw ciągnących się latami, bo gdy po uchyleniu decyzji trafiają one do ponownego rozpoznania, dostają nową sygnaturę i formalnie stają się nową sprawą – tłumaczy dr Laska.
Dla nowego szefa ZUS, który przez niemal dwie dekady pracował jako adwokat i reprezentował kobiety w sporach z Zakładem, ważne jest także to, jak urząd podchodzi do wyroków sądów.
– Przez 18 lat wykonywałem zawód adwokata i sam reprezentowałem kobiety w sporach z ZUS-em, więc znam ten dramat z drugiej strony – podkreśla. – Zleciłem głęboką analizę postępowań sądowych. Trzeba mieć zaufanie do sądów: jeżeli sąd pierwszej instancji przyznaje rację obywatelce, to ZUS nie powinien uporczywie składać apelacji, tylko po prostu przyjąć ten wyrok.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Więcej empatii w kontaktach z kobietami
Zmiana podejścia do spraw sądowych to jednak nie wszystko. Ważna jest także codzienna komunikacja z ubezpieczonymi.
– ZUS nie powinien sugerować, że zajście w ciążę czy opłacanie składek miało na celu wyłudzenie świadczenia – podsumowuje dr Laska. – Jeśli w przeszłości ze strony urzędników padały mało empatyczne pytania, mogę za nie tylko przeprosić. Każda kobieta ma prawo do szczęścia i macierzyństwa. ZUS powinien wspierać rodziny w tym, żebyśmy mieli w Polsce odpowiednią dzietność i rozwijali się jako naród.
960 kilometrów akt
Jednym z wyzwań, przed którymi stoi dziś ZUS, jest także uporządkowanie ogromnej ilości dokumentacji.
– W archiwach mamy obecnie 960 kilometrów dokumentacji przechowywanej w ponad dwóch tysiącach pomieszczeń. Gdybyśmy ułożyli te teczki grzbietami, utworzyłyby linię prostą z siedziby ZUS-u aż do Sarajewa. Mamy w archiwach trzy razy więcej dokumentów niż Archiwa Państwowe. Stawiam sobie za cel, aby ZUS przeszedł całkowicie na wymiar cyfrowy – zapowiada prezes.
Cyfryzacja to jednak nie jedyna zmiana, którą zapowiada urząd. ZUS chce też większy nacisk położyć na edukację i komunikację z ubezpieczonymi. Zasada ma być prosta: najpierw poinformować kobietę o jej prawach i obowiązkach, a dopiero później kontrolować.
– Najpierw musimy mieć pewność, że ludzie wiedzą, jakie mają prawa i obowiązki. Dopiero wtedy możemy myśleć o kontrolach, bo będziemy wiedzieć, że osoby, które ewentualnie popełniają wykroczenia, robią to celowo – tłumaczy szef Zakładu.
W tym celu urząd wydał już poradnik dla rodziców, uruchomił specjalny adres mailowy dla mam, a w planach ma także aplikację. ZUS chce też uczyć o ubezpieczeniach od najmłodszych lat, rozwijając program "Lekcje ZUS".
– Chcemy, żeby ludzie wychodzili ze szkoły z tą wiedzą – podkreśla szef ZUS-u w rozmowie z Anną Dryjańską.
"Są tu delikatne zaszłości"
Taka zmiana nie dzieje się jednak od razu. Prezes ZUS mówi o spotkaniach z Rzecznikiem Praw Obywatelskich i rozmowach dotyczących podejścia urzędu do kobiet.
– To jest proces. Uczestniczyliśmy w spotkaniach z Rzecznikiem Praw Obywatelskich, a pani minister Dziemianowicz-Bąk zorganizowała spotkanie dyscyplinujące dla poprzedniego zarządu, podczas którego przekazano potrzebę uwrażliwienia na te sprawy. Ważny był też głos minister Aleksandry Gajewskiej, która sama miała kiedyś problem z ZUS-em – przyznaje prezes.
Laska mówi też o błędach, które wynikały po prostu z braku informacji.
– Musimy poprawić komunikację, bo są tu delikatne zaszłości. Jest mi po prostu przykro, że takie rzeczy się działy. Bardzo typowym błędem, który skutkował potem kontrolą, było to, że kobiety po okresie macierzyńskiego nie zgłaszały się do dobrowolnego ubezpieczenia. Wprowadziliśmy zwyczaj dodatkowego informowania o tym w pismach. Te sprawy często były głupie, banalne, ale się działy.
"Można stworzyć ZUS z ludzką twarzą"
Mimo zapowiadanych zmian Anna Dryjańska zwraca uwagę na problem, który pozostaje: osoba, która nie zna przepisów, może mieć poczucie, że trudno jej przewidzieć, jak urząd potraktuje jej sprawę.
Prezes ZUS przekonuje jednak, że nie ma powodów, by każdy ubezpieczony obawiał się kontroli.
– To dotyczy sytuacji skrajnych. Popatrzmy na dane: kontrole dotyczą obecnie zaledwie półtora procenta spraw. Nie jest tak, że każdy musi się obawiać, iż o szóstej rano zapuka kontroler – argumentuje dr Liwiusz Laska.
I dodaje:
– Można stworzyć ZUS z ludzką twarzą. Naszym głównym zadaniem jest pomaganie, wspieranie i wypłacanie świadczeń. Kontrola to działalność poboczna, która ma służyć jedynie prawidłowej redystrybucji składek.
Na koniec Anna Dryjańska pyta, co szef ZUS chciałby przekazać kobietom, które zastanawiają się nad powiększeniem rodziny.
– Czujcie się bezpiecznie. ZUS przestał być – o ile kiedykolwiek był – instytucją represyjną. Jesteśmy i będziemy instytucją wspierającą oraz pomagającą wszystkim. Niektóre bohaterki występują w tekście pod zmienionymi imionami.









