Karol Nawrocki
Czego boi się Karol Nawrocki? Prawda o procesie z Onetem, której prawica wam nie powie Fot. Shutterstock

Medialny kałszkwał, jaki eksplodował po zeznaniach Nataszy Geldon w sprawie wytoczonej Onetowi przez Nawrockiego pokazuje niesamowitą histerię obozu prawicy. Dla służb medialnych prezydenta i PiS nie ma rzeczy zbyt nieprawdziwych, głupich i chamski do napisania. Ale o wielu milczą. Wiecie jakich?

REKLAMA

Zacznijmy od elementarnej lekcji prawa i logiki, bo w medialnym szumie wyprodukowanym przez prawicowe portale ta fundamentalna prawda została celowo utopiona w błocie: ten proces nie toczy się o to, czy Karol Nawrocki w świetle Kodeksu karnego był sutenerem, czerpał korzyści z nierządu i osobiście inkasował działkę za doprowadzanie dam negocjowalnego afektu do spragnionych damskiego ciała gości hotelowych.

O co naprawdę toczy się proces Nawrocki kontra Onet?

Zbyt wiele osób myśli, że amerykańskie seriale prawnicze pokazują prawdę. Zejdźmy na ziemię. Ten proces toczy się o to, czy dziennikarze Onetu mieli pełne prawo napisać to, co napisali. Słowem: czy wykonali swoją robotę zgodnie z zasadami sztuki, czy dochowali najwyższej staranności zawodowej i czy to, co znalazło się w głośnym artykule, stanowi rzetelne odzwierciedlenie zeznań i relacji ich informatorów.

To strona Karola Nawrockiego musi udowodnić przed sądem, że autorzy dopuścili się zmyślenia, opublikowali nieprawdę i zrobili to bez jakichkolwiek faktycznych podstaw. A z tym obóz Nawrockiego ma potężny problem. Dlatego w korytarzach sądowych i w prawicowych mediach czuć dziś nie pewność triumfu, lecz narastającą, histeryczną panikę.

Przypomnijmy, od czego się zaczęło: Szykuje się kolejna afera z Nawrockim? Onet opisuje, co miał robić w Grand Hotelu – tekst Andrzeja Stankiewicza i Jacka Harłukowicza ukazał się przed drugą turą wyborów prezydenckich.

Osiem miesięcy milczenia. Zagadka Piotra Głuchowskiego

W całej tej telenoweli najczęściej pomija się jeden, szalenie niewygodny detal: Onet nie był ani pierwszy, ani jedyny. Na osiem miesięcy przed głośną publikacją portalu dokładnie tę samą historię – z tymi samymi wątkami, z tym samym tłem sopockiego półświatka i z relacjami tych samych ludzi – opisał w "Gazecie Wyborczej" Piotr Głuchowski.

Karol Nawrocki miał bite osiem miesięcy na to, by złożyć pozew przeciwko dziennikowi z Czerskiej. Mógł zażądać sprostowania, zabezpieczenia, milionowych odszkodowań i przeprosin na pierwszej stronie. Skoro doniesienia o jego rzekomej działalności parasutenerskiej były wyłącznie wyssanym z palca kłamstwem, dlaczego przez ponad pół roku milczał jak zaklęty? Dlaczego nie pozwał "Wyborczej", choć każdy szanujący się polityk dbający o reputację zrobiłby to w ciągu 48 godzin?

To pytanie zadawaliśmy już półtora roku temu w tekście Nawrocki miał 8 miesięcy na pozew, już wtedy było głośno o "dziewczynach w Grandzie". Odpowiedzi do dziś nie ma.

Co istotne: nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by wiedzieć, iż Piotr Głuchowski ma bogatą historię nadinterpretacji faktów i podkręcania swoich (i cudzych) tekstów zdarzeniami fikcyjnymi. Gdyby Nawrockiemu zależało, mógłby już dawno rozprawić się z jego tezami.

Przypomnijmy więc, co pisał Głuchowski: "Jeśli gość hotelowy potrzebował kobiety, starczyło dać znać Nawrockiemu. Karol robił w ochronie. Bodajże w trakcie czwartego roku studiów dostał posadę w Grand Hotelu. Szefem ochroniarzy był tam eksmilicjant, mówiono także, że esbek; poznałem go przez Karola – facet nosił sygnet pamiątkowy ZOMO" – relacjonował informator, który w tamtych latach z bliska obserwował karierę obecnego prezydenta.

I dalej: "Wiem, że te sprawy załatwiał on sam, jego kolega albo szef ochrony. [...] Narzekał, że musiał się z takim celebrytą targować przy prostytutce o 150 złotych" – wspominał rozmówca, opisując sytuację, w której młody ochroniarz miał załatwiać "damę do towarzystwa" dla znanego dziennikarza z Warszawy.

Jak na te relacje odpowiedział wówczas Nawrocki? W listopadowym oświadczeniu napisał kuriozalne zdanie: "Nigdy nie rozmawiałem z tym człowiekiem/przełożonym o żadnych 'panienkach'. (...) Mogłem zapalić papierosa, ale nigdy nie paliłem nałogowo".

Człowiek, o którym wszyscy wiedzą, że jest najprawdopodobniej ciężko uzależniony od przyjmowania nikotyny w najróżniejszych formach, przed opinią publiczną zgrywa kogoś, kto "co najwyżej zapalił jednego papieroska".

Poza tym zwróćmy uwagę na sposób wypowiedzi. Nawrocki napisał, że "nie rozmawiał o żadnych panienkach". Nie napisał, że nie organizował tego typu usług, nie pomagał w ich organizowaniu i że nie wiedział o istnieniu takiego procederu. To znamienne.

No a jeśli ktoś potrafi w tak dziecinny sposób zaprzeczać własnym, powszechnie znanym słabościom, to jak traktować jego wiarygodność w sprawach znacznie większego kalibru? Przecież wszyscy pamiętamy ten sam styl mataczenia, te same uniki, półprawdy i krętactwa w sprawie słynnej kawalerki pana Jerzego. Ten schemat powtarza się za każdym razem: złapany za rękę krzyczy, że to nie jego ręka, a w ogóle to on tylko stał obok.

Ściek na zlecenie. Lincz na Nataszy Geldon

We wtorek, 27 października 2026 roku, przed sądem stanęła Natasza Geldon – była pracownica ochrony w sopockim Grand Hotelu z lat 2006–2007, która nie schowała się za statusem anonimowego źródła. Przyszła do sądu i powtórzyła to, co wcześniej powiedziała dziennikarzom: że Karol Nawrocki mówił jej, iż "można sobie dorobić, wprowadzając dziewczyny dla gości".

Pełną relację z tych zeznań opisaliśmy w tekście Natasza Geldon pracowała z Nawrockim, w sądzie ujawniła tajemnice Grand Hotelu.

I co zrobiła proprawicowa machina propagandowa? To, co potrafi najlepiej: odpaliła medialny rynsztok. Na świadka rzucili się niczym dzik na żołędzie. Przejrzałem profile prawicowych komentatorów, polityków i prorządowych publicystów. Poziom nienawiści, chamstwa i dehumanizacji przekroczył wszelkie dopuszczalne granice. Epitety, którymi obrzucano tę kobietę tylko dlatego, że stawiła się na wezwanie sądu i złożyła zeznania, nie nadają się do powtórzenia nawet w najmroczniejszej męskiej szatni na podrzędnej, osiedlowej siłowni.

W tym festiwalu szczucia – cynicznie nazywanym "zadawaniem trudnych pytań" – bryluje Sławomir Jastrzębowski. Były redaktor naczelny "Super Expressu", później PR-owiec wyrosły ze słynnej stajni Adama Hofmana, dziś dyżurny publicysta prawicowych mediów.

Jastrzębowski w swoim zacietrzewieniu posunął się do rzeczy niesłychanej: opublikował w sieci zdjęcia kobiety z częściowo odsłoniętymi pośladkami, sugerując, że to Natasza Geldon. Kiedy internauci błyskawicznie udowodnili mu manipulację i wykazali, że na fotografii znajduje się zawodowa aktorka i modelka, Jastrzębowski... nawet nie raczył skasować wpisu. Bo w tej grze prawda nie ma znaczenia. Liczy się to, by gnojowica zalała przestrzeń publiczną, a spiralę nienawiści nakręcało każde kolejne kliknięcie.

Wiecie, czemu redakcja Onetu pierwotnie wnioskowała o utajnienie rozpraw, do czego sąd początkowo się przychylił? Atak hord cyfrowych siepaczy, którzy na jedno skinienie partyjnych centrali są gotowi zniszczyć życie każdemu, kto stanie na drodze ich politycznym bóstwom, udowadnia, że mieli nosa. Pisaliśmy o tym w materiale Nawrocki nie chciał, żeby ludzie słuchali tych zeznań: "Karol odpowiedział, że można sobie dorobić".

Tajemnica pierwszego świadka i warsztat śledczy

Propaganda próbuje dziś wmawiać opinii publicznej, że cały proces i cała publikacja Onetu wiszą na jednej wypowiedzi Nataszy Geldon. To kłamstwo. Natasza Geldon wcale nie była pierwszym świadkiem w tym procesie. Pierwszy kluczowy świadek zeznawał za zamkniętymi drzwiami już we wrześniu 2026 roku. Kto to był? Co zeznał? Tego opinia publiczna nie wie, bo rozprawa była objęta klauzulą tajności.

Wiadomo natomiast, że sąd przesłuchiwał i będzie przesłuchiwał dziennikarzy różnych redakcji oraz dawnych znajomych Karola Nawrockiego z Trójmiasta. Sędziowie badają spójność materiału: sprawdzają, czy ludzie niemający ze sobą kontaktu od kilkunastu lat mówią o zachowaniach obecnego prezydenta dokładnie to samo.

I tu dochodzimy do sedna pracy reporterskiej. Wbrew bredniom głoszonym przez partyjnych funkcjonariuszy, praca rzetelnego dziennikarza śledczego nie różni się wiele od pracy prokuratora czy policjanta.

Funkcjonariusze mają tzw. wiedzę operacyjną oraz wiedzę procesową (dowodową). Mogą doskonale wiedzieć, że dany jegomość handluje narkotykami, wymusza haracze albo organizuje nielegalny proceder pod szyldem ochrony lokalu. Ale wiedza operacyjna to za mało, by sporządzić akt oskarżenia. Dopóki nie ma dowodów, nagrań, dokumentów i świadków – sprawa nie trafi na wokandę.

Z dziennikarstwem jest tak samo. Poważni reporterzy, tacy jak autorzy materiałów w Onecie czy "Wyborczej", nie publikują plotek zasłyszanych przy barze. Zbierają relacje wielu niezależnych od siebie osób, sprawdzają ich wiarygodność, konfrontują daty, weryfikują grafiki. Inaczej poszliby z torbami już dawno.

Żadna szanująca się, duża redakcja nie zaryzykowałaby procesu o naruszenie dóbr osobistych z głową państwa czy kandydatem na najważniejszy urząd w kraju, gdyby nie dysponowała materiałem nie do podważenia. Dziennikarze napisali to, co byli w stanie poprzeć zeznaniami i zebranymi oświadczeniami.

Strach przed spojrzeniem w oczy

Dość kuriozalnie wygląda na tym tle zachowanie samego powoda. Podczas gdy była pracownica ochrony stawia się w gmachu sądu, siada przed sędzią i odpowiada na pytania mecenasów, pełnomocnicy Karola Nawrockiego złożyli wniosek, by... ich mocodawca złożył zeznania w formie pisemnej.

Wyobrażacie to sobie? Facet kreujący się na twardego boksera, niezłomnego patriotę i bezkompromisowego przywódcę chce schować się za pismem procesowym sporządzonym i cyzelowanym w zaciszu kancelarii adwokackiej.

Sąd odrzucił wniosek o taryfę ulgową. Termin wyznaczono na 18 stycznia 2027 roku. Wtedy Karol Nawrocki – nawet jeśli zdalnie, z pałacowego gabinetu – złoży zeznania. Nie ucieknie w oświadczenia prasowe i wpisy na Twitterze. Owszem, może się nie pojawić. Ale wtedy wyrok zapadnie bez jego udziału.